Doradca prezydenta Tomasz Nałęcz wczoraj był oburzony ujawnionymi nagraniami rozmów polityków. Swoją opinią podzielił się z portalem Tomasza Lisa.
- Dla mnie to wygląda na kaczkę dziennikarską. Znam prezesa Belkę i ministra Cytryckiego, to nie są spiskowcy. Nie mogę sobie wyobrazić ich jako spiskowców, może spotkali się przy jakiejś okazji - powiedział w rozmowie z portalem natemat.pl (tekst można przeczytać także dziś). - Cała historia brzmi nieprawdopodobnie, to próba znalezienia sensacji. Ktoś nie miał tematu i sobie wymyślił takie nagrania. Wygląda mi to na próbę ratowania nakładu pisma. Jestem przeciwko nagrywaniu ludzi, którzy poszli coś zjeść. Tego rodzaju praktyki trzeba traktować z oburzeniem i przymrużeniem oka.
Dzisiaj Nałęcz mówił co innego. W programie Radia Zet "7 dzień tygodnia" tłumaczył się jednak groteskowo.
- Dziennikarz zaskoczył mnie w środku lasu podczas spaceru z psem - twierdził, podkreślmy, prezydencki doradca. Najważniejsze jednak, że przyznał, iż nagrania są "kompromitacją naszego państwa". Dodał, że kwestia ta musi zostać wyjaśniona.
Głos w tej sprawie premier Donald Tusk zabierze dopiero w poniedziałek o godzinie 15.00.
Ab/niezalezna.pl
