Nie dalej jak dwa lata temu wygłosiłem na jednej z konferencji referat zatytułowany „Interhomo” (ukazał się w książce „Pedagogiczny zapis dekady”, Olsztyn 2011). Tekst z punktu widzenia publicystycznego nieciekawy gdyż skierowany do ludzi z branży, a więc naukowy, pełen obcych pojęć i dowodowych przywołań opatrzonych przypisami. W największym skrócie dotyczył on analizy przyczyn i skutków klęski polityki „multi-kulti”, kwestionował sens takiej polityki i podważał podstawy myślenia o nieprzebranym bogactwie wypływającym z mieszania się kultur, z ich wzajemnego „ubogacania się” i konstruowaniu w ten sposób pokojowej drogi współistnienia narodów, religii, ideologii. Mało tego, ukazałem w referacie niemożność tworzenia takich kulturowych hybryd bez stałej obecności swoistego „emulgatora”.
Parę miesięcy później w jednym z felietonów (piszę je od lat dla naszych toruńskich „Nowości”), jednoznacznie opowiedziałem się przeciwko wydaniu zezwolenia na budowę w sercu ogromnego, stołecznego osiedla meczetów. Nie ukrywałem, że decyzja ta z punktu widzenia naszych tradycji religijnych i narodowych jest nietrafiona i należałoby ją solidnie raz jeszcze przedyskutować zasięgając opinii ekspertów zarówno tych od architektury, jak i tych od religii na tych od terroryzmu kończąc.
Całkiem już niedawno stałem się obiektem ataków (z obietnicą postawienia mnie przed sądem) za stwierdzenie, ze „homoseksualizm jest chory”. Zbuntowałem się bowiem przeciwko prawu przyznawania homoseksualistom opieki zastępczej nad dziećmi. Z tą tezą żadna ze skarżących na mnie (wszędzie gdzie się da) organizacji nie polemizowała (zapewne się ze mną tu zgadzają) bo całkowicie pochłonęły je spory natury formalnej czy terminologicznej. Szermowano jednak na wszystkie strony określeniem „homofobia” czy „homofob”. Leksykalnie „homo” to człowiek, „fobia” to lęk. Zrobiono zatem ze mnie osobnika bojącego się ludzi. Jak rozumiem ludźmi są jedynie homoseksualiści. Bo to ich wedle moich sędziów się boję czy może nawet nie lubię. Przecież nie mówimy „judeofobia” ale antysemityzm.
Jeśli by tylko zebrać tych kilka przykładów tu podanych to dość szybko można by ukuć tezę, że stworzyłem podwaliny pod norweską tragedię. Opętany nienawiścią i pałający żądzą krwi zwyrodnialec z Norwegii nienawidził imigrantów, nienawidził islamu i zapewne nienawidził homoseksualistów. Teraz, dzięki niemu, będą mogli rozmaici lewicowi „wymyśliciele” i publicyści wrzucać do jednego worka wszelkich eurosceptyków, każdego dystansującego się od islamu (ale i buddyzmu, Kriszny czy jogi) nie bacząc czy tekst jest naukowy czy tez jest pospolitym paszkwilem. Jak znam swoje środowisko to za jakiś czas zmniejszy się liczba prac poświęconym imigrantom, mniejszościom etnicznym czy kwestiom edukacji wielokulturowej. Część badaczy nie chcąc stosować w nauce zasady politycznej poprawności przeniesie się w inne, bezpieczniejsze rejony.
W trakcie jednego z moich pobytów w Izraelu poznałem profesora pedagogiki, z którym zaprzyjaźniłem się na dobre. Kazał do siebie mówić Waldek („do sześćdziesiątego ósmego byłem Waldek, teraz nikt tak do mnie nie mówi, to ty tak mów, dobrze?”). Powiedział mi kiedyś, że po przyjeździe do Izraela sam miał problemy z zaakceptowaniem…Żydów. („bo ja Polak byłem, rozumiesz?”). Długo o tym rozmawialiśmy. Parę nocy przegadaliśmy bo ta przyjaźń w nas rosła. W jednej z rozmów powiedział mniej więcej tak „Jak nie lubisz Ruskich czy Rumunów to ludzie się z tobą zgodzą, albo i nie. Rusofile zaczną cię przekonywać do ruskiej duszy czy sztuki ikon, albo baletu. Ale na tym się skończy. Ale jak w Polsce, we Francji czy Niemczech powiesz, że nie lubisz Żydów, to zaraz powiedzą, że chcesz ich posłać do gazu. Dlatego musisz pokochać Żydów, bo inaczej ubiorą cię w uniform SS”.
Tak może być i teraz. Każda krytyka mniejszości narodowej, każdy sceptycyzm wobec idei wielokulturowości będzie niejako z automatu klasyfikowany jak owo zbrodnicze „polowanie na ludzi” dewianta na wyspie Utoya.
Bo wszystko można zniekształcić, przeinterpretować, dopasować tak, aby wygrać najbliższe w danym momencie wybory. Obawiam się, że ów Anders Behring Breivik zmienił więcej niż zamierzał.
Aleksander Nalaskowski
Fot. Lech Kamiński

