Gdyby zrobić ranking najpopularniejszych odkryć i sensacji medialnych, to na jednym z pierwszych miejsc byłoby zapewne „przerwanie milczenia”. Co chwilę ktoś „przerywa milczenie”. Zabawne to i żałosne jednocześnie. Kiczowate i pajacowate. Najwyraźniej salony rejestrują, że ktoś już trzy, pięć dni, albo tydzień i miesiąc nie wystąpił na konferencji prasowej, z której ścieżki wiodą do celebrytyzmu przez okładki tabloidów.

 

Gdyby kameduła, po latach, całych dekadach milczenia dał publiczny głos, to bym to rozumiał jako sensację. Ale nic z tego, przerywają milczenie ci, którzy i tak nie mają nic do powiedzenia, albo „milczeli” o sprawach rozdętych do granic zdrowia umysłowego (mama podejrzana o zabójstwo dziecka, detektyw, znany aktor, który z braku sukcesów stał się buddystą, prokurator, który nie ma pomysłu na bycie prokuratorem, a nawet premier i jakiś piłkarz etc.). Wielu z nich wcześniej paplało bez opamiętania. A nie mogliby dłużej pomilczeć i nigdy nie przerywać milczenia? I komiczne jest przekonanie tychże „przerywaczy”, że na ich głos ktoś czeka.

 

Owe sensacyjnie zapowiadane „przerwane milczenia” to nic innego jak przerwa na oddech, a może czekanie na instrukcje? A może po prostu urlop w Egipcie? To niezauważalna pauza w narastającym słowotoku przenoszącym Polskę w przestrzeń nadrealizmu socjalistycznego, który nam żyje i rozkwita w elitach władzy, w coraz głośniejszym „nic się nie stało!” pacyfikując coraz trudniejszą rzeczywistość. Orwell!

 

Aleksander Nalaskowski