Zastanawiam się gdzie jest mój Kościół. Czy to „Kościół negocjujący” jak u ks. kard. Kazimierza Nycza, czy to „Kościół medialnie smagany” jak u ks. Tadeusza Isakowicza-Zalewskiego, czy „Kościół historyczny” kończący się na Janie Pawle II, „sowio-hołowniowy” z TVN, czy to mój „Kościół parafialny” z najlepszym na świecie proboszczem ks. Grzegorzem Leśniewskim? Czy można być w tylu kościołach jednocześnie? Czy jeśli w imię Jezusa spotyka się dwóch lub trzech to i On jest z nimi? A zatem z kardynałem i jego współbraćmi w biskupstwie? Z ks. Tadeuszem i jego wydawcami? Z nielicznymi już, którzy mówią o sobie „pokolenie JP2”? A w naszym Kaszczorku, w niedużej gotyckiej świątyni też?
A jeśli nie mogę być w tych wszystkich kościołach jednocześnie, to jak mam wybrać? I gdzie do nas dwóch lub trzech przyjdzie Jezus? Przecież nie jest mu to chyba obojętne. Dla Jezusa nie ma rzeczy niemożliwych. Mnożył chleb i ryby, ale nie kościoły. To Kefasowi powiedział „ty jesteś skała”. Nie powtórzył tego Andrzejowi, Filipowi czy Jakubowi. Do tego momentu wszystko jest oczywiste. Boży Syn - jedynak, jedna skała, jeden kościół. Potem już mniej. A teraz?
Teraz mogę być „łagiewnicki” albo „toruński”, mogę być wierzący jak Komorowski lub praktykujący jak Kwaśniewski, o którym żona powiedziała, że jest „praktykującym ateistą”. Mogę wierzyć w „Radio Maryja”. Mogę być jeszcze jak ks. Piotr Natanek, „sykariusz wśród zelotów” suspendowany przez mój Kościół, który go przedtem dla mnie wyświęcił. Ale też sam już nie wiem co to znaczy „mój kościół”. Jaki mój? Czy taki, który mi odpowiada jak kolor obuwia czy potrawa? Czy może taki, któremu mam się poświęcić i zostawić dlań łódź?
A poza tym jakiemu „mnie”. Temu wspólnotowemu (wszak Kościół to komunia) czy temu zbuntowanemu z coraz większym trudem oddzielającemu miłosierdzie od frajerstwa? Czy mój bunt jest złamaniem zasady „nadstawiania drugiego policzka” czy może realizacją gniewu, który rozsierdził Jezusa wypędzającego kramarzy ze świątyni?
A może wymyśliłem sobie „kościół niemożliwy”, który nie zawiera żadnych paktów z diabłem, broni Krzyża bez względu na to jak bardzo jest on smoleński, który pogardza poprawnością polityczną i wie, że jest źródłem jedynej bo objawionej prawdy, a nie jedną z wielu współczesnych ofert do wyboru. Bo tylko mój Kościół jest prawdziwy i osadzony na piotrowym prymacie, na słowie Jezusa. Nie jest wynikiem buntu, schizmy czy innego proroctwa.
Mój „kościół niemożliwy” nie dyskutuje, nie układa się z nikim, nie zawiera kompromisów. Jego kapłani wylecieli dymem w Auschwitz i Dachau bo byli mu wierni. Mój kościół jednoznacznie wymaga i stawia twarde warunki i nie daje się manipulować demokracji. Bo jest skonstruowany na linii „nad – pod”, a nie na przywileju świeckich-większości głosów. Mój „kościół niemożliwy” przemawia z ambon dla mnie i w moim imieniu. I ma zawsze rację. To ja, jego wierny takie mu stawiam warunki. A Jezus niemożliwe uczyni możliwym. A kiedy nas będzie dwóch lub trzech zebranych to i do nas przyjdzie. I wtedy mu wszystko opowiem.
Aleksander Nalaskowski

