Pod koniec czerwca indagowany przez dziennikarza Frondy skomentowałem fakt ustawowego przyzwolenia na prowadzenie tzw. rodzinnych domów dziecka przez osoby homoseksualne.

 

Zgodnie z własną wiedzą i przekonaniami sprzeciwiłem się temu mając ku temu wyraźne-w mojej opinii-przesłanki. Wprawdzie redakcja w podpisie wypowiedzi ujawniła, że jestem profesorem zwyczajnym pedagogiki i dziekanem Wydziału nauk Pedagogicznych to średnio nawet rozgarnięty czytelnik wie, że o ile profesura i owszem może u odbiorców zmieniać odczytanie takiej opinii, to pełnienie funkcji dziekana zupełnie nie ma na to wpływu. Dziekani nie są bowiem od ferowania ocen o życiu społecznym lecz od najszerzej pojętego administrowania wydziałami.

 

Jakież było moje zdziwienie gdy od JM Rektora UMK dowiedziałem się, że do władz UMK wpłynęła na mnie skarga. Oskarżono mnie o kłamstwo, o zakłamywanie nauki. Stwierdziłem bowiem, że według mnie homoseksualizm jest chorobą (bo jeśli jest inaczej musiałby być normą), a zatem rzeczona decyzja sejmu jest chora. To wywołało oburzenie organizacji zajmujących się homoseksualizmem. I poskutkowało wystosowaniem skarg nie tylko do mojej macierzystej uczelni lecz i do drugiej, w której pracuję. Nie i do Komisi Etyki Nauki oraz zapowiedziano skierowanie sprawy na drogę sądową. Co ciekawe nie pominięto mediów chociaż zapomniano o najbardziej zainteresowanym-czyli mnie.

 

Przyznam, że był to dla mnie zdumiewający i zupełnie niespodziewany „strzał w plecy”.

 

Wspomniana organizacja nawet słowem nie zająknęła się o tym, że jako profesor jestem przeciwny takim formom domów dziecka. Główny problem wypowiedzi pozostał nietknięty i jak pojmuję adwersarze zgadzają się ze mną. I gdybym użył innych określeń byłoby OK.? Skupiono się na moich rzekomych inwektywach i sprzeniewierzeniu ustaleniom nauki. Ale jakiej nauki? WHO nie jest organizacją naukową. Widać więc, że nie istota sporu jest tu jego sednem lecz jego forma.

 

Przede wszystkim w tym samym zdaniu stwierdzam, że wiem iż Światowa Organizacja Zdrowia nie uznaje homoseksualizmu za chorobę, podobnie jak enigmatyczni „amerykańscy uczeni” lecz ja się z tym nie zgadzam. Dopiero bowiem w 1990 roku WHO nie umieszcza homoseksualizmu w Międzynarodowej Statystycznej Klasyfikacji Chorób. Zarówno moje pokolenie, jak i kilka znacznie młodszych generacji pedagogów uczyło się (np. w ramach „Biomedycznych podstaw rozwoju i wychowania” -przedmiotu obowiązkowego na pedagogice), że homoseksualizm jest chorobą. Zarówno opinia WHO jak i moja mają bowiem charakter uznaniowy. I można sobie łatwo wyobrazić nauczyciela, który przy najlepszej woli przedstawia uczniom te orientacje jako patologię gdyż tak się uczył na studiach, a nie miał żadnego obowiązku, aby śledzić kolejne postanowienia WHO.

 

To, że jestem dziekanem nie ma z tym nic wspólnego. Moja opinia nie jest więc kwestią „niedouczenia” profesora, bo stan prawny jest mu znany, lecz jego poglądów.

 

W październiku 2007 roku odbyła się w Sali Kolumnowej sejmu konferencja, podczas której wygłosiłem referat „Warunki dialogu o bezpieczeństwie w polskiej szkole”. Zanim przystąpiłem do pisania wystąpienia (które potem było bodaj gdzieś publikowane) wykonałem sondaż na grupie ok. 130 rodziców dotyczący różnych aspektów homoseksualizmu w szkole. Wprawdzie wątek ten był ledwie jednym z kilku poruszanych w referacie, ale chciałem posiąść ogólną orientację na ten temat bezpośrednio u źródła.

 

Z badań dowiedziałem się, że ponad 70% rodziców uznaje homoseksualizm za chorobę. Dlaczego, mimo posiadanych tytułów naukowych, nie mógłbym być jednym z nich? A jaki mam obowiązek wiedzieć, że WHO zmieniło poglądy jeśli problematyka ta nie leży w sferze moich naukowych zainteresowań?

 

Prawie 90% procent rodziców nie życzyłoby sobie, aby ich dziecko siedziało w jednej ławce z kolegą homoseksualistą. To dla mnie najbardziej zaskakujący wynik bliski artefaktu! Wskazuje bowiem na sromotną klęskę nachalnej propagandy tolerancji z rodzimą tradycją wychowawczą. Jakkolwiek byśmy jej nie oceniali.

 

Natomiast 67% respondentów nie chciałoby, aby nauczycielem ich dziecka była osoba homoseksualna. Co ciekawe 16% nie przeszkadzałaby lesbijka nauczająca chłopców. Natomiast tylko 7% dopuszczałoby geja jako nauczyciela ich córki.

 

Ciekawie rozłożyły się odpowiedzi na pytanie o to jaki stosunek powinniśmy mieć do homoseksualistów. Otóż aż 71% postulowało pełną tolerancję, a nikt nie wybrał opcji „dawać wyraz nieakceptacji”. Nie miało własnego zdania zaledwie 9%.

 

Jak rozumieć zatem wyraźną niechęć przebijającą z odpowiedzi cytowanych wcześniej z postulatem tolerancji przywołanym przed chwilą? Można by to nazwać „tolerancją propagandową”, „tolerancją poprawnościową” czy „tolerancją wyuczoną”?

 

Badania sygnalnie tu zaprezentowane mogłyby być co najwyżej pilotażem, wstępem do właściwych badań. To jeszcze kwestia doboru próby i samego trybu badań. Dodam, że wyniki procentowe podałem oczywiście w zaokrągleniu.

 

Mimo prostoty pokazanych badań uzyskane wyniki mogą być traktowane w dużym przybliżeniu jako średnia krajowa. Poczynione bowiem w swoim czasie przez Zbigniewa Kwiecińskiego ustalenia wskazują, że w bardzo wielu sferach życia społecznego Toruń i jego okolice dostarczają wyników tożsamych lub mocno zbliżonych do średnich wyników w Polsce. Po prostu – Toruń pod wieloma względami jest w swej kategorii populacyjnej miastem statystycznie średnim.

 

Dlaczego tak szczegółowo relacjonuję wspomniane badania? Ano, dlatego by pokazać szerszy niż kreowany przez skarżące się na mnie organizacje kontekst mojej wypowiedzi i poddać w wątpliwość jej „kuriozalność”. Wśród badanych było 21% osób z wykształceniem wyższym i 41% osób z wykształceniem średnim. Tradycyjnie już (dla polskich badań) przytłaczająca większość deklarowała rodzinę jak wartość w ich życiu najcenniejszą. Zatem sondaż nie był przeprowadzony w zbiorowości niewykształconego społecznego marginesu.

 

Jeszcze raz pragnę podkreślić, że badania przeprowadzono 4 lata temu i ich cel był zupełnie inny, a przeznaczenie skromniejsze i to, do którego teraz zmusza mnie sytuacja.

 

Przez trzydzieści lat mojej pracy na uczelni liczba spotkanych na wykładach czy seminariach studentów idzie zapewne w tysiące. Jak szacuję wypromowałem ponad 300 magistrów. Uczę studentów trybu dziennego i zaocznego, a także doktorantów i słuchaczy podyplomówek. Wśród nich byli również homoseksualiści. Nie sądzę aby znalazła się chociaż jedna osoba, która mogłaby wiarygodnie mi przypomnieć o złym potraktowaniu studenta/studentki o innej orientacji. Traktowałem ich zawsze tak samo jak innych. „Jak innych” oznacza, że nie byłem dla nich ani surowszy, ani się im poprawnościowo nie podlizywałem.

 

I powtórzę, jako Aleksander Nalaskowski, mój normalny stosunek do nich brał się wyłącznie z przeświadczenia, że są to osoby dotknięte chorobą. Nawet jeśli WHO od zaledwie 20 lat twierdzi inaczej, to WHO nie jest w stanie zastąpić mi sumienia. Jako pedagog, niemal profesjonalnie uwrażliwiony na ludzkie zachowania, widziałem nader często w ich oczach nieszczęście, poczucie krzywdy a niekiedy wstydu. Tak też rozumiem starania tego środowiska (lecz częściej osób medialnie je reprezentujących) o możliwość takiego czy innego posiadania dzieci. A czymże innym jest to jak nie tęsknotą za rodziną gdzie potomstwo pojawia się w sposób naturalny bądź drogą adopcji przez kobietę i mężczyznę? Niestety, moja wiedza i przekonania nakazują mi uznać wszystkie inne konfiguracje za nieakceptowalne. Stąd bunt wyrażony w mojej wypowiedzi dla Frondy, wypowiedzi z takim łoskotem oprotestowanej. Wierzę jednak głęboko w to, że liderzy opluwających mnie dzisiaj stowarzyszeń jutro lub pojutrze przedłożą interes społeczny nad doraźne cele organizacji i być może dostrzegą odrobinę racji i najlepszej woli w mojej wypowiedzi.

 

Charakterystyczne jest też, że wypowiedź profesora z prowincji ogłoszona w niszowym portalu zostaje zaskakująco obszernie nagłośniona i zagrożona najrozmaitszymi sankcjami, a obelgi i niekontrolowana erupcja nienawiści innego profesora, też w końcu nauczyciela młodzieży, zaprezentowane w mającym milionową widownię programie telewizyjnym pozostają nawet bez pogrożenia palcem. To dla mnie zupełnie nowy wymiar naszej demokracji.

 

Aleksander Nalaskowski


Fot. Lech Kamiński