Wstaję o 4.00 i piszę, czyli „robię naukę”, może dlatego wydałem 16 książek. Na 8.00 gnam do swojej szkoły (zaraz będzie ćwierć wieku jak tak gnam) i gadam z uczniami, nauczycielami, a w każdy poniedziałek mówimy wspólny pacierz. Potem popycham szkolne sprawy. Dzisiaj Dziecięce Laboratorium Nauki i ostatnie moje dziecko: „Mickiewicz – Kresy”. Jedziemy wspólnie z dzieciakami czytać „Pana Tadeusza” do Nowogródka, a „Świteziankę” nad Świtezią. Po drodze Wasiliszki (bo Czesiek Niemen) i ognisko nad mrocznym Niemnem (bo Orzeszkowa). A do tego wizy, transport, noclegi, wykłady przygotowujące do wyprawy, inscenizacje, Podlasie z Tykocinem i Tatarami. Wszak wszystko musi zagrać. W południe dyżur na wydziale. Magistranci, doktoranci, komisje. Po południu (do teraz) recenzja habilitacji, jakaś profesura do przestudiowania, dwie recenzje doktoratów. Ale też wnuki i niezbywalna zabawa w Indian, „haratnięcie gały” z wnuczkiem i jeszcze zapomniane tankowanie paliwa do auta. Zatem wy wszyscy, którzy próbujecie mi mówić, że nie wiem o czym piszę podajcie mi nazwisko, adres, telefon maila. No bądźcie odważni! Profesorka się boicie?! Gdybym i dla was stał się autorytetem to bym się chyba ze wstydu spalił.

 

Dostałem dziś list. Przytaczam:

 

„Panie Dyrektorze! To ja miałam wtenczas usmarowane pianką do włosów kolana. I nie chodziło o to, aby mnie pan całował, ale by się pan śmiesznie tą pianką umorusał. Bo się nam zdawało, że będzie >fajowsko<. I pan się zbuntował. I myśmy to zrozumieli. I potem już było do końca szkoły najlepiej. Pozdrawiam (tu imię)”. Autorka listu dzisiaj dobiega czterdziestki.

 

I drugi list dostałem: „Z uwagą przeczytałam wywiad z Panem we Frondzie w dn.19.09 br. na temat okrzyczanego incydentu w lubinskim gimnazjum, tym bardziej, że jestem mamą jednego z dzieci, które uczą się w tej szkole. Ba, mamą dziecka, które uczestniczyło w tych otrzęsinach. Tak naprawdę to mam już serdecznie dość medialnej sensacji z poszukiwaniem róznego rodzaju podtekstów. Według niektórych to nawet należę do wyrodnych rodziców, na których zamieszczone zdjęcia nie zrobiły wrażenia. A nie zrobiły dlatego, że wiem jak owo spotkanie wyglądało. Wiem to od mojego dziecka, które z wyjazdu integracyjnego wróciło przezadowolone, a jego pozytywnym relacjom nie było końca. Żaden wakacyjny wyjazd nie był tak szczegółowo relacjonowany jak ten. Ale co tam, dla wszystkich najważniejszy "ksiądz pedofil". O jeszcze bezduszni rodzice, którzy widzą problem tylko w nagłośnieniu sprawy i "murem stoją za księdzem". Dla mnie największym bólem jest to, że moje dziecko tak naprawdę zostało zgwałcone przez potężną machinę medialną, która w obrzydliwy sposób zmusiła go do oderwania się od beztroskiego dziecięcego świata. Kto teraz myśli o tym, co muszą odczuwać młode i naprawdę czyste serca młodych, pełnych zapału i entuzjazmu, zaangażowania w dobre życie, które toczy się w szkole. Młodych, których zdjęcia krążą po różnych internetowych stronach świata, opublikowane przez żądnego rozgłosu prowincjonalnego dziennikarza. Ale co tam , to nie jest ważne. Jest afera - ksiądz pedofil. To się dobrze sprzeda. I tyle. Niech się dzieje.”

 

I proszę Cię Frondo nie przydawaj bytu prowincjonalnym żurnalistom przeszukującym sieć w poszukiwaniu sensacji, przestań już pisać o tym, co powiedziały całe masy niedouków. Wystarczy. Jest 23.29. Zaraz będzie piątek. Od 9.00 będziemy w szkole smażyć tołpygę, co ją Olek i Rafał wyłowili w swoim stawie. Wyjątkowe będzie to nasze szkolne drugie śniadanie.

 

Aleksander Nalaskowski