Jesteśmy areną, na której wszyscy chcą coś ugrać. Trener chce ugrać, PZPN chce ugrać, Tomaszewski też chce ugrać, UEFA chce ugrać, piłkarze chcą ugrać, straganiarze też chcą ugrać, ministrantka Mucha chce ugrać, rząd i premier chcą ugrać, rosyjscy kibice chcą ugrać, Chińczycy nawet chcą ugrać, telewizja, radio Internet, gazety, wydawcy – wszyscy chcą coś ugrać.
Tak, rozumiem – to ważne święto. Oczy całego świata (jakim go sobie wyobrażamy) patrzą na Polskę. I ja patrzę. I chcę, abyśmy wszystkich pokonali, aby Błaszczykowski i Lewandowski a nawet Tytoń strzelali bramki, najcudniejsze na świecie. I chciałbym jeszcze-zapominają o fair play – aby sędziowie przyznawali nam rzuty karne bez opamiętania, abyśmy zawsze mogli wygrać. I jeszcze bym chciał, aby nam zagraniczni decydenci otworzyli nareszcie dach i przestworza i niebo całe. Abyśmy zobaczyli jak apostołowie śpiewają „koko Euro spoko”.
Już nie stąd, raczej „stamtąd” patrzę na nasze Bizancjum. I myślę, że to żadna różnica czy mamy dziesięć czy sto miliardów w plecy. To wszystko do nas wróci – jak czkawka, jak bumerang. Poumierają niespłaceni przedsiębiorcy, zaknebluje się usta bankrutom. I wówczas się odwrócimy i powiemy „udawajmy, że tego nie ma”. Poprawna politycznie Warszawa pozwoli na przemarsz Rosjan. Defilada zwycięstwa? Ciekawym czy na mundialu w Izraelu pozwoliliby na przemarsz kibiców niemieckich.
Zatem gramy z Rosją. Jeśli wygramy to uznamy, że wyrównaliśmy rachunki za przeszłość i rurociąg. Jeśli przegramy, to powiemy, że to tylko sport, umowa. A prawa strona powie, że po raz pierwszy Rosja wygrała z nami w świetle prawa i przepisowo. Wygrywał z nimi genialny Baszanowski to może wygrać Smuda.
Jesteśmy jednak tylko areną, a arena jest zawsze pod stopami, najniżej. Słucham Greków, Hiszpanów i Chorwatów krzyczących „I love Poland!”. Ja też „love Poland” i bronię się jak mogę przed skojarzeniami historycznymi. Przecież to wszystko to tylko sport, zabawa i kolorowy karnawał między sylwestrami.

