Obserwuję to zjawisko od jakiegoś czasu. Pomalutku, mainstream (główny nurt, rwący potok) medialny cichnie, znika i już przypomina powolny ściek. Co bystrzejsi już przymierzają komże, już jakby mniej przywalają Kaczorowi, a nawet z pewnym szacunkiem, a niekiedy bez przekąsów, mówią o sesjach (finanse, zdrowie) PiS-u. Poza clownadą tuza żurnalistyki nikt jakoś nie może się przyczepić do prof. Glińskiego. Tak jak kiedyś, oj dawno, napisał Krzysztof Kłopotowski, „pac, pac, pac” od nadętego zeppelina władzy odpadają kolejni wyznawcy piaru. „Popularny i kultowy” tygodnik skurczył się do rozmiarów portalu i za chwilę tak samo będzie z popularnym dziennikiem. Póki co, niektórzy celebryci, dokopujący „smoleńskiej mafii” leciusieńko zmieniają ton. Bo to i zwłoki zamienione, i te foty co myśmy sami zrobili, puściliśmy w Azji, aby się wrogo podzielić, i „profesjonalna” prokuratura i jeszcze bardziej „profesjonalna” komisja Millera.

 

Każdy ma taki potop na jaki zasłużył. U nas to był dach, na którym mucha nie siada. Bawi mnie gdy widzę jak niegdysiejsi kibice żulerni poniewierającej krzyż (to był do cholery i mój krzyż!) na Krakowskim Przedmieściu próbują się załapać na jakąś arkę aby przeżyć, aby znowu wypłynąć, a może nawet dostać szansę na „kolejne życie” medialne.

 

I niezły portal drukuje rozmowę z pisarką, która zapewne jak to artyści, antycypuje i szybko zmienia ton. Już przewiduje gdzie teraz będzie salon? No i książka RR o ubeku… taka jakby przeciw mainstreamowi. Co, sumienie ruszyło? Nic z tego! Strach. Zwykły. Ludzki strach przed zejściem z łamów, z ekranu, przed społecznym gniewem, który za chwilę zadziała. Już słychać przedszepty, że może z „Trwam” nie wszystko było ok. I Panu Bogu świeczkę, ale jeszcze trochę diabłu ogarek. Kolejne expose niczego nie zmieniło. Było pospolicie nieważkie. Można powiedzieć, że było znacznie mniej ważne niż chłopaki baraszkujące po narodowej wodzie przy otwartym narodowym dachu. Dwóch dostało jakieś kary, ale „Nergal” mógł bezkarnie wykrzykiwać „żryjcie to gówno” drąc Biblię.

 

Za chwilę różni „drapieżni”, ale tylko wobec opozycji, przejdą do opozycji. Bezkompromisowo wytkną premierowi błędy, pokażą bezsens funkcjonowania zmumifikowanego prezydenta, będą się upominać o smoleńską prawdę, dadzą więcej Pospieszalskiego i Cejrowskiego, będą bronić rodziny i życia (może nawet się nie dadzą zdyscyplinować partyjnie), raz i drugi wyśmieją Palikota, a końcu może i powiedzą, że PSL to ani „p”, ani „s”, ani „l”, że to ugrupowanie karier i nagrań.

 

Nawrócą się, przejdą na pozycje przeciwnika, a my znowu nie odróżnimy miłosierdzia od frajerstwa i przebaczymy. Tak? Nie! Nie zapomnę Żakowskiemu żadnego złego słowa, nie będę miał amnezji dla Moniki Olejnik, nie zapomnę Grabowskiemu, Olbrychskiemu i Kondratowi, Jandzie nie zapomnę, Sikorskiemu nie zapomnę jego „polityki zagranicznej” i całego tego amatorskiego teatrzyku, nie zapomnę jak Meller strefił i załkał, nie ustąpię przed homoseksualnymi stowarzyszeniami, nie pójdę na mszę Sowy, wypomnę każdą kpinę, każde niechlujstwo w sprawie katastrofy smoleńskiej. Nie rzucę kamieniem, nie podniosę ręki, nie podam do sądu (jak uzależniony od oskarżania redaktor naczelny), ale będę pamiętam. Jednego im już nigdy, powtarzam nigdy!, nie dam – nie dam im wiary w cokolwiek co będą mówić i robić. Mam dla nich tylko pogardę.

 

Z namysłem użyję przycisku mentalnej spłuczki i z trzaskiem zamknę pokrywę tego nieszczelnego jak dach sedesu.

 

Dlatego, że jestem zawodowym, genetycznym i utytułowanym pedagogiem. Dlatego, że nie umiem sumienia zastąpić polityczną poprawnością, dlatego wreszcie, że jak - może naiwny - misjonarz czuję się odpowiedzialny za tych, którzy nadchodzą – pisze Nalaskowski.