Z obywatelskiej ciekawości oglądałem sejmowy Amber Show. Najpierw wystąpienie premiera starannie niewyraźne, potem prokuratora generalnego żałosne i płaczliwe, a potem popisy posłów. Każdy z nich poprzedzał pytanie inwokacją o stanie państwa. I każdy stawiał się poza tymi wydarzeniami. Każdy był oburzony, a nawet odurzony rozmiarem afery.

 

Ale zastanawiam się czy generalna, moralna, a rzekłbym „państwotwórcza” rola posłów czyni ich naprawdę ludźmi spoza, obserwatorami, teraz dopiero budzącymi się i buntującymi przedstawicielami swojego ludu?

 

Posłowie pochodzą wszak ze starannej selekcji wyborczej. Są wybranymi wybrańcami. Są członkami organu w kraju najważniejszego. Wszak to sejm powołuje i odwołuje premiera, radę ministrów. Pytam więc – jakim prawem panie i panowie parlamentarzyści nie wiedzieliście o sprawie? Jakim prawem pozwoliliście sobie na komfort bycia poza, a może ponad tymi milionami obywateli, którzy mają prawo do chciwości przekładanej na procentowe i złote obietnice. Czy was, wybrańców, nigdy nie zastanowiły tanie bilety przelotów, czy wysokie procenty „bursztynowego złota”? Nigdy nie wzbudziły waszej poselskiej czujności? Kogo zatem reprezentowaliście w sejmie? Czy kiedykolwiek zadaliście sobie pytanie ilu z waszych wyborców, tych, którzy na was głosowali uległo oszustwu i własnej pazerności? Dlaczego dopiero teraz tak ochoczo przypieracie do muru funkcjonariuszy rządu? Czyż nie byłoby uzasadniony gdyby oni was przyparli? Jesteście areopagiem najważniejszych.

 

Sprawy małych was nie obchodzą. Ważniejsze niż przechytrzeni ciułacze są boje z Kościołem, zabiegi o legalizację marihuany czy przywalanie politycznym przeciwnikom bez względu na to co robią i mówią.  

 

I nie chcę słyszeć odpowiedzi, że posłowie nie wiedzieli. Bo mieli absolutny obowiązek wiedzieć. Nie są wolnymi artystami skazanymi na własne fanaberie lecz mandatariuszami utrzymywanymi na koszt tych, których się oszukuje. Sejm więc też jest winny. Dwa lata matactw i oszustw nie miało prawa ujść uwadze zawodowym posłom, z których każdy statystycznie reprezentuje ok. sto tysięcy obywateli.

 

Ale się nie dziwię. Amber Show w sejmie był bowiem przeglądem typów ludzkich. Jeden z tych „parlamentarzystów” zbyt szybko zmieniwszy dres na garnitur żałośnie dukał z podsuniętej mu przez kumpli kartki pytanie, którego najwyraźniej nie rozumiał, wielu mówiło nie na temat, wielu powtarzało pytania już wcześniej po wielokroć zadane. A niemal wszyscy mówili fatalną polszczyzną, której dwadzieścia lat temu wstydziłby się nawet mało kumaty robotnik sezonowy. Wysoka mównica skutecznie zasłaniała widok nóg. Dlatego zapewne nie widzieliśmy słomy w butach mówców. W erze długopisów nie ma w sejmie kałamarzy. I dobrze, bo niektórzy mogliby wypić atrament.

 

Te liczne minutowe wystąpienia były swoistym remanentem sejmowych kadr. No i najwyraźniej mamy intelektualne i obywatelskie sejmowe manko. Dla mnie ten parlamentarny przegląd merytorycznie, obywatelsko i etycznie jest daleko większą aferą niż złota plichtomania.

 

Aleksander Nalaskowski