Matury, których nie zdało zaledwie dwadzieścia procent, egzaminy gimnazjalne – mocno nijakie, długi spór i wciąż otwarty spór o historię, zamykanie szkół i zmiana funkcji tych gmachów (co uczyni je nie do odzyskania), a wreszcie zwolnienia nauczycieli i obszerny, druzgocący zamach na biblioteki pedagogiczne to najkrótszy, „faktograficzny” bilans mijającego roku szkolnego. Jak mawia mój kolega z branży – „mam wrażenie, że pani minister jest z każdym dniem coraz mniej”.
Ten mijający rok miał jeszcze inny wymiar, głębszy i tak samo zauważalny. Okazało się, że ministra edukacji można zmarginalizować (przy jego własnej pomocy), a sam resort sprowadzić do rozmiarów charakterystycznych dla hokeja na trawie czy problemów w odległej gminie. Po stu dniach urzędowania swojego gabinetu wziął bowiem premier na przepytywanki, na tak zwaną „wywiadówkę”, ministra od pieniędzy i księgowości, ministra od armat, ministra od Merkel, od futbolu, a o minister Szumilas było cicho. Szef siedmiusettysięcznej armii zatrudnionych w polskiej oświacie przemknęła się pod kamerami, nie była widoczna w kamerze, a może zniknęła w pakamerze.
Po raz pierwszy w takim wymiarze i z takim skutkiem (cząstkowym, ale zawsze) doszło do buntu społecznego, do zbiorowych głosów gniewu. A to za sprawą historii. Odezwały się nawet co (od)ważniejsze środowiska akademickie. Jest to być może jaskółka „naukowego nieposłuszeństwa wobec głupoty” i szkodliwego majstrowania przy szkole.
Szeroko pojęta ustawa o przemocy w rodzinie jako frontmena wystawiła problem maltretowanych kobiet. Tymczasem jest to kwestia nie tyle bicia niewiast (co jest absolutnie niedopuszczalne, ale w stosunku do każdego), co patologii rodzinnej. Przydałaby się skuteczna i wsparta pieniędzmi ustawa o zwalczaniu patologii. Przemoc w rodzinie to rzadko efekt sadystycznych skłonności małżonków lecz raczej wynik chlania wódy, frustracji z powodu bezrobocia, faktycznej niemożności nabycia mieszkania (ale tak, aby się nie sprzedać do końca życia). Ukrytym wymiarem tej ustawy jest/ma być akceptacja tzw. związków partnerskich. Homoseksualne lobby raz milknie, a innym raz szepce, kiedy indziej wrzeszczy, ale nie odpuszcza. Tymczasem zadekretowanie (takie czy inne) akceptacji wobec homoseksualistów prędzej czy później otworzy im drogę do wychowywania dzieci (zauważmy – cudzych), a w końcu i do szkół gdzie nauczyciele, wbrew własnym poglądom i naturze, będą „politycznie poprawni”.
Każda ustawa pozwalająca na równorzędne traktowanie związków homo ze związkami hetero będzie głównym kluczem, którym zostaną otwarte gumowe wrota. Zanim cokolwiek tymi wrotami wejdzie do Polski, to przede wszystkim zostanie nimi wygoniony Kościół. To, co nie udało się komunistom, czego nie był w stanie załatwić cyniczny Urban czy konopny Palikot ostatecznie zrobią tolerancjoniści. Aż chce się trawestować „wybacz im, bo nie wiedzą co tolerują”. Być może w najbliższym czasie będzie to najważniejszy kontekst edukacji. Edukacji tak osłabionej organizacyjnie, finansowo i merytorycznie, że przyjmie ona już niemal wszystko. Nawet i to, że „Kopernik była kobietą”.
A prawda jest taka, że Bóg stworzył kobietę i mężczyznę. Tworząc ich wyposażył w naturalne i mentalne instrumentarium do prokreacji. Kazał się mnożyć. I nie ma innej drogi niż boska. I żadna szkoła, żaden rodzic, żaden nauczyciel, ani żaden normalny i przyzwoity człowiek nie może o tym wszystkim, co napisałem powyżej milczeć. Bo takie milczenie, to jądro paskudnego kłamstwa - mówi Nalaskowski.
Not. Jarosław Wróblewski

