nihil Novi sub sole 

 
Połknięcie „Uważam Rze” przez tamtych to nic nowego, zważywszy, że III Rzecząpospolitą już ćwierć wieku rządzą z „tylnego siedzenia” — o czym nieraz pisałem — ci sami „chłopcy” z tych samych „służb”. Co mnie nastraja do głębszej refleksji historiograficznej à propos powtarzalności zjawisk.
 
Jedna z ksiąg „Starego Tes­ta­men­tu”, zwana „Kohelet”, prze­ko­nu­je, iż wszystko, co wydaje się nam no­we, kiedyś już było. Ta prawda ty­czy również czasów dzisiej­szych. Wszystko już było zagrane dawno temu — każdy „numer”, każdy gest, każ­da inicjatywa i każda wred­ność. O tysią­cach rzeczy lub spraw mo­żemy powie­dzieć słowami Eklezjastesa: „Nihil no­vi sub so­le” („Nic nowego pod słoń­cem”).
 
Sprawiedliwości unikają dzisiaj wielcy złodzieje (elita szemranych biznesme­nów), generałowie, którzy mają ręce uma­zane po łokcie krwią robotników, dygni­tarze kom­binatorzy, jak baronowie PO, co motali sej­mowy/hazardowy przekręt — lecz tak by­ło nad Wisłą zawsze, o czym mówi starosar­mac­kie porzekadło: „Pra­wo w Rzeczy­pos­politej jest jak pajęczyna, bąk się prze­bije, ugrzęźnie muszyna”. Pros­tacz­ków bul­wersują doniesienia, że hierar­chowie „So­lidarności” (Wałęsa, Jur­czyk e tutti quan­ti) pracowali dla SB, ale to też przerabiamy od wieków — nie­jeden francuski szef bez­pieki mawiał: „ — Gdy zbiera się czte­rech spiskowców, dwaj z nich to moi lu­dzie” (sło­wa te przypisywane są Fouchému , Le­pi­no­wi, de Sar­tinesowi i innym). Prawie wszyscy szefowie antycarskich or­ga­niza­cji terrorystycznych (sławny Azef, Malinow­ski i in.) byli konfidentami Ochra­ny cars­kiej. Pozwalano im nawet wysadzać w powietrze nie­któ­rych mi­nis­trów, dla uwiary­godnienia. Ze „służ­bami” zawsze jest we­soło, Bolki można zry­wać. Lub ten szok salonowców, gdy oka­­za­ło się, że „kultowy” król reporterów, Ry­sio Kapuściński, to Ka­puś–ciń­ski (TW „Poe­­ta”). Ludzie, prze­sta­ńcie się dziwować — to samo było już grane na ojczystej scenie sto kilkadziesiąt lat temu: konfidentem oka­zał się „kultowy” pisarz Zygmunt Kacz­kow­ski (podczas publicznych fet na jego cześć, jak w warszawskim Hotelu Euro­pejs­kim roku 1860, kobiety dostawały zbio­rowej hi­sterii, zasypując „mistrza” stosami wień­ców i bukietów). Obu panów Ka zde­maskowano gdy umarli, dzięki od­taj­nio­nym dokumentom. Wszystko już było, na­wet tak znienawidzone przez Sa­lon ciało de­agenturyzacyjne (IPN) — w 1830–1831, gdy Warszawa została chwi­lo­­wo wyzwo­lo­na (Powstanie Listo­pa­do­we), ówczesny IPN nosił nazwę Komitetu Roz­poz­naw­cze­go (później stał się Komisją do Roz­trzą­sa­nia Akt Policji Tajnej) i demaskował kon­fi­dentów (wtedy: „szpiegów”).
 
Ludzie tzw. „starszego pokolenia” są zniesmaczeni wychynięciem roz­wiąz­łości spod kołdry i jej wsko­czeniem na estradę medialną. Światlejsi wśród nich (oczy­ta­ni) dobrze wiedzą, że rozwiązłość była kró­lo­wą balu podczas całego karnawału ludz­koś­ci, we wszystkich stuleciach (gra­witację można oszukać, balonem lub samolotem, ale biologii nie da się wykiwać lan­so­wa­niem cnoty, moralności, skromności), jed­nak za coś szokująco nowego uważają jej reklamowanie przez media, choćby eu­fo­rycznymi opisami tak regularnej, że wręcz rytmicznej zmiany seksualnych partnerów przez wszelakie celebrytki (aktorki, pio­sen­­karki, prezenterki itp.). Tymczasem to żad­na nowość. Owszem, jeszcze w XVIII wie­ku tego nie było, bo prasa dopiero racz­ko­wała, ale już w XIX wieku poooszło! Przy­kła­dem celebrytka nr 1 ery Ro­mantyzmu, ko­­chan­ka Chopina, pi­sarka George Sand. Plotki o jej ciągłych romansach upublicz­nia­li dzien­­ni­ka­rze, zwłaszcza głośny kry­tyk Sain­te–Beuve (bra­cia Goncourtowie pars­kali: „Ten pod­słuchiwacz bidetów zawsze ocierał się o ko­biece sekrety”), chętnie też cytowano wymierzane w Sand flesze in­nych cele­brytów, choćby poety Baude­lai­re’a: „Jest głupia, ma niezgrabny i prze­ga­dany styl. Jej moralne idee odznaczają się tą samą głębią osądu i delikatnością uczucia co wyznania dozorczyń i sprze­daj­nych kobiet. Najlepszym dowodem upadku naszego stulecia jest fakt, że kilku męż­czyzn zadurzyło się w tej latrynie”. Czy winniśmy mówić, że najlepszym dowo­dem upad­ku naszego stulecia są kolorowe pisemka sprzedające „tajemnice alkowy” Dodek, Edy­tek i sitcomowych komediantek?
 
Z kolei chrześcijan do rozpaczy dopro­wa­dza deprecjonowanie katolicyzmu przez międzynarodowy Salon, który dysponuje większością wpływowych mediów, a te sze­rzą laicyzację. Dokładnie to samo działo się za Oświecenia (druga połowa w. XVIII), gdy wolnomularze i „filozo­fo­wie” (Wol­ter, Diderot e tutti quanti) de­chrys­tiani­zo­wa­li kontynent nie bez suk­ce­sów. Nie zwal­czano wtedy tradycji Bożonaro­dze­nio­wej, ale tylko dlatego, że choinka (Polacy do­stali ją od Prusaków w początkach stulecia XIX, choć dzisiaj więk­szość sądzi, iż to tradycja piastowska) tu­dzież symbolika Bo­żego Narodzenia rozkwitły później. Obec­nie Za­chód usuwa nawet Bo­żo­­na­ro­dzenio­wą terminologię („Merry Christmas” sta­ło się: „Hap­py Holiday”, „Christmas tree” to „Ho­­liday tree”, etc.); londyńska amba­sa­da III RP, rozsyłająca „świeckie” świą­tecz­ne kartki, jest dla Polaków sym­pto­ma­tycznym dowodem ulegania owemu ter­ro­rowi laicyzacyjnemu. A przecież i to już by­ło, za sprawą Hitlera, który nie­na­widził chrześcijaństwa jako konkurenta do rządu dusz. Dla zatarcia symboliki chrześci­jańs­kiej, Boże Narodzenie połączono w kalen­da­rzu z obchodami święta Julfest (prze­si­le­nie zimowe), gwoli po­gań­s­kiej tradycji pra­daw­nych Germanów. NSDAP lan­so­wa­ła de­chrystianizację kolęd, nazistowskie oz­do­by choin­ko­we (bombki w kształcie swas­tyk i gra­na­tów), zaś choinkę świą­teczną nale­ża­ło zwać nie Christbaum, lecz Jultree.
  
Wszelki gestykulacyjny bunt czy wy­zwi­sko to też nie novum. Wśród wy­zwisk choć­by „blachary” — tak zwie się dziś pa­nien­ki lekkich obyczajów lecące na drogie sa­mochody, a w końcu XVIII wieku zwa­no tak łatwe damy wizytujące warszawski Pa­łac „Pod Blachą”. Wśród gestów choćby zgięty łokieć. Albo modniejsza dzisiaj wul­garność: sterczący palec środkowy. Ów sterczący z kułaka paluch, który jest synonimem prze­zwiska–przekleństwa, wy­na­le­ziono w XVI stuleciu! Pe­wien włoski rzeź­biarz umieścił figurę Neptuna na bolońs­kim Piaz­za Nettuno. Przy placu był żeński klasztor i mniszki zażądały od władz, aby Nep­tu­no­wi zmniejszono nieprzyz­woi­cie dłu­­gi pe­nis. Twórca musiał wykonać po­lecenie ma­gi­stra­tu, zmniejszył, lecz by się zemścić, po­większył i rozprostował środ­ko­wy palec wy­suniętej ręki Neptuna, dając te­mu pa­lu­chowi kształt sterczącego penisa, oczy­wis­ty dla przechodniów. Tym właś­nie ges­tem żegnam nowych właś­ci­cieli „Uwa­­żam Rze” (Hajdarowicz & Co.), ich po­­życz­­ko­dawców (Czarnecki & Co.), ich mo­codawców (tych wiejskich, ze WSI Ko­mo­rówka) oraz ich jamników żurna­lis­tycznych (tych spod zna­ku „wra­ca no­we”, a ściś­lej: „nowo­ekrano­we”).
 
Waldemar Łysiak

oprac. eMBe/Salon24.pl