Młodzi Polacy za długo się uczą a na rynku brakuje ludzi z fachem w rękach. Rząd chce, by uczelnie wypuszczały więcej osób z licencjatem, a mniej magistrów. Państwo szykuje zmianę w finansowaniu szkolnictwa.

 

Wysokość dotacji dla uczelni akademickich będzie zależała od jakości badań naukowych i kształcenia studentów, z których najbardziej utalentowani powinni trafiać na studia magisterskie - "Rzeczpospolita" cytuje minister nauki, prof. Barbarę Kudrycką.

 

Pod koniec września pracy nie miało prawie 213 tys. absolwentów wyższych uczelni. To o ponad 22 tys. więcej niż rok temu w tym samym miesiącu. Na rynku pracy brakuje nie tylko kadry średniego szczebla (ludzie z licencjatem mają mniejsze wymagania płacowe), ale i ludzi z fachem w rękach.

 

System, nad którym pracuje minister Kudrycka ma wymuszać podział uczelni na akademickie i zawodowe, tym ostatnim nadając większy prestiż. Wyższe szkoły zawodowe mają być rozliczane z kształcenia dla gospodarki - dodaje dziennik.

 

Magistrów będzie mniej i automatycznie staną się bardziej pożądani na rynku pracy.

 

Od dawna pisaliśmy o tym, że polskie szkolnictwo idzie w złym kierunku: likwiduje się szkoły zawodowe, zbyt wiele powstaje wyższych uczelni humanistycznych, nie szanuje się u nas inteligencji technicznej. Efekt jest taki, że filolodzy i psychologowie tłumnie zalegają na londyńskich zmywakach. Projekt Kudryckiej już oprotestowało środowisko "Krytyki Politycznej" i to ustami samego "olbrzyma ze Słowenii" obrońcy leninizmu, Sławoja Żiżka. W maju tego roku goszcząc w łódzkiej świetlicy KP skrytykował on plany rządowe podporządkowania uczelni wymogom rynku."Zredukowanie ludzi do roli ekspertów oznacza mierzenie się ze sformułowanymi już problemami. Prawdziwa refleksja zaś to nie rozwiązywanie cudzych problemów, ale pytanie o to, jak te problemy są formułowane" - powiedział "Olbrzym". Przejmujące, co?

 

Tak to już jest, że po latach przyznajemy rację naszym mamom, które zwykle mówią: studiuj sobie co chcesz, abyś tylko jakiś fach miał w ręku. Jeden z najwybitniejszych architektów na świecie, z pochodzenia łodzianin, Daniel Liebeskind chciał zostać malarzem i studiować na akademii sztuk pięknych. Mama powiedziała mu: "Na każdego artystę, któremu się udało przypada stu kelnerów". Za namową matki poszedł na architekturę. Oglądając awangardowe budowle "dekonstrukcjonisty" trudno nie dziękować pani Liebeskind.

 

PSaw/rp.pl