Platforma słabnie – już nie jest „sexy” ani „cool” – tak donoszą media, które do tej pory twardo stały przy Donaldzie Tusku. Chociaż duży procent społeczeństwa nie poczuł się dotknięty sposobem prowadzenia śledztwa przez ludzi płk. Putina, czy innymi katastrofalnymi decyzjami rządzącej koalicji, to jednak podniesienie VAT-u i zamach na emerytury, przy coraz wyższych cenach, zmieniły uczucia do PO jej dotychczasowych zwolenników.

Pomimo że rządzący i ich najwytrwalsi medialni apologeci na wszelkie sposoby starają się wykazać, że nic takiego nie ma miejsca, to jednak ciężko nie zauważyć nadchodzącej wiosny. Sroga zima – zafundowana nam przez „dobrych, mądrych ludzi”, stopniowo zmniejsza swój uścisk. Sanie, na których jeździła Biała Czarownica w pierwszym tomie narnijskich opowieści, gdy nadszedł czas upadku jej władzy, z coraz większymi problemami ślizgały się po ustępującym śniegu. W ten sam sposób, coraz ciężej, porusza się platformerska lokomotywa, która już dawno okazała się nie być nowoczesnym TGV, za jaki chciała uchodzić, tylko jedną z kolejek taboru zarządzanego przez ministra Grabarczyka.

Irytacja premiera Donalda Tuska i bezsilny gniew na to, że „k... ktoś przekręcił wajchę”, przez co z dnia na dzień traci on szczelny do tej pory medialny parasol, są aż nazbyt widoczne. Sprawa OFE była dla układu kroplą, która przelała czarę goryczy, a premier może się niedługo spodziewać o wiele mocniejszego uderzenia w swoją osobę. Nie zmienia to jednak faktu, że proces słabnięcia PO będzie trwał jeszcze długo i nie należy się spodziewać gwałtownego tąpnięcia w jej poparciu. Jeśli tak wielkie wydarzenia, jak katastrofa pod Smoleńskiem, czy afera hazardowa, nie otworzyły do tej pory wystarczająco szeroko oczu Polaków na to, jakiego formatu politykom przekazali władzę, to nie można liczyć, że mniejszego kalibru sprawy zmienią ten stan w ciągu jednego dnia. Dziś widać jak na dłoni, że piarowski czar rzucony przez Tuska (a raczej Igora Ostachowicza) ostatecznie pryśnie, gdy „młodzi, wykształceni, z dużych miast” dostaną mocno po kieszeni lub gdy zostanie im zaproponowana ożywcza alternatywa, która po raz kolejny wyzwoli w nich entuzjazm. Choćby na moment wystarczający do tego, by „dali głos” podczas przyszłych wyborów.

 

Problemy z procentami

Platforma ma już tylko dwa punkty przewagi nad partią Kaczyńskiego – czytamy jednego dnia, by następnego otrzymać informację, że ugrupowanie to cieszy się ponad 45 proc. poparciem. SLD raz prawie dogania PiS, innym razem ma o połowę głosów od niego mniej. Najbardziej żal mi ekspertów, którzy co chwila muszą usilnie szukać wytłumaczenia dla zmieniających się jak w kalejdoskopie wskaźników. Pamiętają Państwo, jak wyglądały badania oceniające PJN, gdy to ugrupowanie wchodziło na arenę polityczną? Jak przekonywano, że większość Polaków woli partię Kluzik-Rostkowskiej niż Kaczyńskiego? Iluż to „ekspertów” w uniesieniu wieściło powstanie, nareszcie, „normalnej”, „odpowiedzialnej” i „zdroworozsądkowej” prawicy? PiS light miał zepchnąć do narożnika wersję hard, a straszny Kaczor miał odejść w niepamięć. I co z tego wszystkiego wynikło?

Bielan obraża się na PJN, Migalski nie pomaga nowemu ugrupowaniu, tylko mu przeszkadza, jego koledzy nie mogą zaś dojść do porozumienia w pracach nad programem, bo w rzeczywistości ich poglądy często dramatycznie się różnią, a o kwestiach światopoglądowych jego liderzy niezbyt chcą się wypowiadać... Koncesjonowana prawica okazała się być niewypałem – po prostu, wyborcy głosujący na PiS naprawdę podzielają spojrzenie Kaczyńskiego na politykę krajową i zagraniczną, mają podobne do niego zapatrywania na kwestie historyczne i tożsamościowe, bliskie są im jego refleksje na temat przyczyn i źródeł patologii w naszym kraju. Argumentowanie, że prezes PiS „się skończył”, „zwariował”, a jego działalność prowadzi do „marginalizowania partii” nie przyniosło oczekiwanych rezultatów. A przecież Polacy powinni zrozumieć przekaz swoich „elit”, które porównywały PiS do komunistów, faszystów i zastanawiały się nad jego rozwiązaniem, gdyż według nich zagraża on demokratycznemu ładowi i jest partią „antysystemową”.

 

Do Sulejówka mu daleko

Ileż to godzin zeszło na debatowaniu najróżniejszym „ekspertom” na temat kondycji psychicznej lidera największej partii opozycyjnej. Ciągle to samo bicie piany, wzajemne przytakiwanie, złośliwe uśmieszki i zgryźliwe uwagi. Okazało się jednak, że tak jak w przeszłości Jarosław Kaczyński trafnie opisał problemy przedrywinowskiej Polski, tak i po katastrofie smoleńskiej, jego nawoływania o uczciwe podejście do śledztwa i nie poddawanie się dyktatowi rosyjskiemu, były ruchami słusznymi. Po kilku miesiącach od 10 kwietnia nawet „Wyborcza” biadoliła, że nie powinniśmy oddawać Rosjanom śledztwa. Ciężko też odmówić liderowi PiS celności jego uwag dotyczących kolejnych poczynań, czy też zaniedbań, rządów Donalda Tuska, skoro po czasie, w podobnym tonie, mówią o tych sprawach także jego medialni przeciwnicy. Dziś mainstreamowi żurnaliści nie mogą już uciec przed podejmowaniem spraw zadłużenia, sytuacji na kolei, w armii, czy też nieudanego projektu budowy sieci autostrad. Dość rzec, że nawet orliki nie wyszły PO tak jak trzeba –  lista porażek, zaniechań i błędów tego ugrupowania jest tak długa, że nawet jej zagorzałym zwolennikom ciężko jest przejść wobec niej bezrefleksyjnie.

Elektorat PiS zdaje sobie z tego sprawę. Dlatego też większość osób głosujących na tę partię robi to w sposób świadomy, a nie dlatego, że jest pod wpływem hipnotyzerskich umiejętności prezesa tej partii. Jaśnieoświecone towarzystwo z Czerskiej i TVN powinno w końcu zrozumieć, że ich dwudziestoletnie pranie mózgów Polaków nie przyniosło u wszystkich ich przedstawicieli spodziewanych rezultatów. Część społeczeństwa skutecznie uodporniła się na serwowaną im codzienną dawkę michnikowszczyzny we wszystkich jej odmianach. Ci ludzie odczuwają miłość do Ojczyzny, są dumni z jej historii i pielęgnują antykomunistyczne tradycje. Dla nich hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna” nie jest obciachem. Za takowy uważają bowiem promowanie postkomunistów, nachalne przymilanie się Kremlowi i Brukseli i bezwarunkową akceptację światopoglądowych nowinek, lansowanych przez aborcyjno-gejowsko-ociepleniowe środowiska.

 

Wzmacnianie lewej nogi

Nie od dziś wiadomo, że sondażownie stanowią tylko element gry politycznej, służącej do wspomagania procesu sterowania emocjami społecznymi. Nie warto więc zbytnio emocjonować się prezentowanymi przez nie wynikami, czy wyciągać z nich zbyt pochopnych wniosków. Słupki wskazujące, że większość Polaków ufa Grzegorzowi Napieralskiemu, jest za tym, żeby na beatyfikację papieża jechał gen. Jaruzelski, czy popiera wprowadzenie stanu wojennego, należy obserwować z rezerwą. Z jednej strony świadczą one o tym, że wielu Polaków ma rzeczywiście problemy nie tylko z własną tożsamością, ale i z odpowiedzialnym rozeznaniem politycznym, z drugiej zaś pokazują, kto i co jest dziś przez mainstreamowe media promowane (w końcu duża część niezdecydowanych respondentów zawsze odda swój głos silniejszemu).

Nie przez przypadek każdy wzrost poparcia dla SLD jest szeroko komentowany we wszystkich mediach. Od jakiegoś czasu coraz głośniej słychać o przyszłym premierostwie Grzegorza Napieralskiego. Młody, spragniony realnej władzy polityk, aby po nią sięgnąć, jest zapewne gotowy zrobić bardzo wiele. Niektórzy przekonują, że pójdzie nawet na układ z samym „diabłem Kaczorem” (inną sprawą jest nieustanne promowanie Leszka Millera, czyżby był on wciąż najlepszym koniem w stajni?). Chociaż w każdym wywiadzie Jarosław Kaczyński powtarza, że ewentualna koalicja PiS z SLD jest niemożliwa (druga strona także odrzuca taką sytuację), to bez przerwy jest ona, przez wszelkiej maści publicystów, insynuowana. Dość rzec, że niektórzy z nich przewidują nawet, jak miałaby się układać współpraca między tymi partiami. Chociaż wielokrotnie zdarzało się, że obie opozycyjne formacje krytykowały rząd z tych samych pozycji i nawet proponowały podobne rozwiązania problemów, to jednak jest to niewystarczające, by wspólnie rządzić. Powód jest jeden, ale na tyle zasadniczy i nie do ominięcia, że zastępuje wszystkie inne „za”. SLD jest wciąż partią gen. Jaruzelskiego, bez względu na to, kto będzie zasiadał w jej władzach i jaki procent będą tam stanowić młodzi lewicowcy. Co więcej, ta sytuacja nie zmieni się nawet wtedy, kiedy twórca stanu wojennego odejdzie z tego świata. Zostaną bowiem ci, którzy ze strony komunistycznych „reformatorów” układali się z częścią opozycji przy Okrągłym Stole. A i gdy tych nie stanie, to partia ta i tak będzie stanowić ekspozyturę interesów kolejnych pokoleń „czerwonej zarazy”. Nie można też zapomnieć, że Napieralski doskonale czuje się jako promotor skrajnie lewackich inicjatyw i otwarcie gra antyklerykalną i antychrześcijańską kartą.

 

Nieprzekraczalna granica pragmatyzmu

Czasowe sojusze, nawet te medialne, są pomiędzy tymi ugrupowaniami możliwe, koalicja rządowa jest jednak granicą, rozdzielającą pragmatyzm od głupoty. Wzięcie odpowiedzialności za losy kraju we wspólnych rządach z lewicą, byłoby dla partii Kaczyńskiego samobójstwem. A to jest przecież największym marzeniem establishmentu III RP. Argumentowanie, że przecież PiS już raz wszedł w „niemożliwą” koalicję z Lepperem i Giertychem, jest przykładem skrajnego idealizmu i umyślnego stosowania nieproporcjonalnych porównań. W tym okresie Jarosław Kaczyński doskonale zdawał sobie sprawę z tego, z kim przyjdzie mu rządzić i jak ciężkie to będzie zadanie. Chociaż Samoobrona była formacją zdegenerowaną do szpiku kości, to jednak można było przypuszczać, że da się ją kontrolować. Mieć nadzieję, że w ostateczności Andrzej Lepper zadowoli się wice premierostwem, gdyż ma świadomość, że i tak osiągnął swoje maksimum.

Ludzie SLD, i nie mówię tutaj o parlamentarzystach, którzy pełnią tylko rolę bodyguardów rodzimych oligarchów, są dziś w Polsce środowiskiem dzierżącym rzeczywistą władzę. Ich interesy nie musi w każdym rozdaniu bronić SLD, może do tego zostać „wynajęta” każda partia, która przedstawi się układowi jako wojsko zaciężne. Taką rolę w dzisiejszym układzie sejmowym pełnią lub są gotowe pełnić wszystkie ugrupowania z wyłączeniem PiS. Taka postawa partii Kaczyńskiego powoduje, że przynajmniej ok. 30 proc. Polaków jest gotowych oddać na nią swój głos. Medialne doniesienia przekonujące, że ugrupowanie to może po przyszłych wyborach rządzić z SLD, mają najprawdopodobniej za zadanie wywołać zniechęcenie w ludziach prawicy, którzy nie mogliby znieść takiego widoku i przy okazji podnieść wartość lewicy w układaniu się z PO.

 

Platformowiec zatonie

Jeśli PiS nie uzyska wysokiego wyniku w wyborach, który umożliwi mu samodzielne rządzenie lub koalicję z PSL, ewentualnie z PJN, to władzę nadal sprawować będzie PO, zmuszona do koalicji z wymagającą SLD. Dla salonu będzie to najlepsze rozwiązanie, gdyż będzie mógł dzięki temu dowolnie rozgrywać pomiędzy dwoma liczącymi się z jego zdaniem i interesami ugrupowaniami. Można też z dużym prawdopodobieństwem założyć, że będą to ostatnie lata istnienia Platformy Obywatelskiej, a już na pewno kariery politycznej na krajowym podwórku Donalda Tuska. To, że obecny szef rządu znajdzie sobie wygodną posadkę w Brukseli, już dziś można bez wahania obstawiać u bukmacherów. PO wchodząc w koalicję z SLD będzie musiała się już na wstępie liczyć ze stratą części umiarkowanie prawicowego elektoratu, który nie wybaczy jej tego ruchu. Dojdzie też najprawdopodobniej do rozłamu w samej partii i wyjścia z niej części posłów należących do konserwatywnego skrzydła, którym ciężko będzie znaleźć obronę takiego stanu rzeczy. W ostateczności, dotychczasowe ugrupowanie rządzące wciągu kilku lat rozleci się na wszystkie strony, gdyż przedstawicieli tego wielobarwnego środowiska nic w rzeczywistości nie łączy, oprócz chęci znajdowania się na politycznym świeczniku. Można też założyć, że w przypadku gwałtownego załamania się gospodarki, to na Donalda Tuska zostanie zrzucona cała odpowiedzialność. Gdy zaś PO przestanie się już liczyć, okres jej rządów będzie przez jej dzisiejszych medialnych sympatyków określany jako ciemny czas władzy prawicy...

Słabnięcie Platformy, aż do jej marginalizacji, będzie, niestety, prowadzić do wzmocnienia się SLD i w ostateczności do podziału sceny politycznej na dużą partię lewicową i prawicową - PiS. Będzie to jednak o wiele lepsza sytuacja niż ta, która ma miejsce obecnie, gdyż teraz PO pełni ciągle rolę partii lekko prawicowej, konserwatywnej przez małe „k”, co jest manipulacją obliczoną na niedopuszczenie do zagospodarowania wszystkich wyborców prawicowych przez PiS.

Po ewentualnym rozpadzie w PO, ważne będzie przejęcie i scalenie przez PiS całego elektoratu prawicowego, a także otwarcie się na uciekinierów z tonącego Platformowca, jeśli tylko okażą się oni wartością dodatnią.

Możliwy, choć na tym etapie raczej iluzoryczny, jest także scenariusz wejścia PiS w koalicję z częścią polityków z PO. Takiego rozwiązania nie wyklucza też Kaczyński. Ciekawa jest rola, jaką w przyszłości odegrać może Grzegorz Schetyna. Wątpliwe jednak, by po aferze hazardowej prezes PiS potrafił nawiązać z nim dialog, choć warto przypomnieć, że to właśnie obecny marszałek sejmu, w przeciwieństwie do Donalda Tuska, był rzecznikiem koalicji z PiS w 2005 roku. Potrafi on też dogadywać się z przedstawicielami innych partii i wciąż szczyci się swoją działalnością w NZS.

 

A gdy nadejdzie kataklizm...

Prawicowi publicyści i niezależni eksperci, wiele razy oskarżali ekipę rządzącą, że „nic nie robi” i nie przeprowadza żadnych reform. Ta sytuacja zapewne zmieni się po przyszłych wyborach, gdyż sytuacja w kraju i przeciążenie budżetu doprowadzą do sytuacji, w której nowy rząd, chcąc nie chcąc, będzie musiał wprowadzić radykalne cięcia i podwyżki podatków. Inaczej czekają nas albo kolejna lata „gnicia” albo krach porównywalny do tego, co miało miejsce na Węgrzech, w Irlandii czy w Grecji.

Większość z nas wciąż jednak dodaje sobie otuchy, wsłuchując się w zapewnienia swoich autorytetów, że uda się nam ominąć katastrofę. Płonne to jednak nadzieje, skoro tylu ekonomistów, których ciężko posądzać o pisowskie sympatie, tak ostro krytykuje politykę finansową Tuska i Rostowskiego. Już nawet Bruksela nie ma ochoty na dalsze przymykanie oczu na „kreatywną księgowość” ministra finansów. Tak więc, najprawdopodobniej po wyborach, czeka nas powtórka z lat 90., kiedy to cięcia i reformowanie gospodarki w największym stopniu odczuli najbiedniejsi.

 

Cierpliwość popłaca

Jarosław Kaczyński przewidział tę sytuację, choć naprawdę nie trzeba być ekonomicznym geniuszem, by zdawać sobie sprawę z tego, jak wielce, przy obecnych tendencjach w światowej gospodarce, zagrożona jest nasza gospodarka. Skoro większość społeczeństwa nie ma ambicji, by Polska na arenie międzynarodowej była pełnoprawnym graczem i prowadziła samodzielną politykę w regionie, to do odrzucenia bajdurzeń o przewadze postpolityki nad rzeczywistą walką o interesy, może je zmobilizować tylko coraz chudszy portfel. Warto dziś przypomnieć sobie ironizowania medialnych paszcz, po przegranych przez PiS wyborach prezydenckich i samorządowych, wieszczących tej partii rychły upadek. Ugrupowanie to odnalazło jednak właściwy kierunek po katastrofie smoleńskiej, a upuszczenie „złej krwi”, poprzez pożegnanie się z politykami PJN, wyszło mu na dobre. Śmiesznie brzmią dziś utyskiwania „ekspertów”, którzy żalą się, że brakuje w tej partii demokracji i wolności słowa. Coraz rzadziej bowiem udaje się bezstronnym Olejnikom, Kolendom-Zaleskim i innym Żakowskim rozgrywać przedstawicielami tej formacji. A to wywołuje ich wściekłość.

W obecnej sytuacji PiS wciąż skazany jest na bycie otoczoną ze wszystkich stron twierdzą, ciężko mu będzie też przebijać się ze swoimi propozycjami przez medialne zasieki. Na szczęście ugrupowanie to nie zrezygnowało z twardego podejmowania tematu katastrofy prezydenckiego tupolewa ani z mówienia o coraz gorszej sytuacji międzynarodowej i katastrofalnej polityce wewnętrznej rządu Donalda Tuska. Merytoryczne przedstawianie każdego z tych tematów i nie dopuszczanie do tworzenia, bądź podsycania przez media podziałów w łonie partii, to jedyna szansa na osiągnięcie przez PiS sukcesu.

Zwycięstwo Viktora Orbana udowodniło, że można pokonać lewicę wbrew woli mediów, interesowi establishmentu, a nawet przy zmarszczonych brwiach europejskiej nomenklatury. Węgrzy, by zmądrzeć, musieli jednak przejść przez osiem lat upokarzania ich przez socjalistów i wielki krach gospodarczy. Polacy będą, niestety, zmuszeni także wziąć „zimny prysznic”, gdyż wbrew obietnicom partii miłości „ciepła woda w kranie” przestanie niedługo płynąć.

 

Aleksander Kłos

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »