Robert Kuraszkiewicz w tekście "Ciszej nad tą trumną" daje wyraz swojemu rozgoryczeniu z powodu powrotu w polskiej polityce do starych podziałów i kłótni. I ma do tego święte prawo. Rzeczywiście polityczna wojna wróciła z tą samą siłą, jaką Polacy obserwowali przed 10 kwietnia 2010 roku. Jednak twierdzenie, że katastrofa smoleńska dawała szansę na trwałą odnowę dyskursu politycznego zdaje się już być zupełnie nieuprawnione. Ona nie miała szans na otrzeźwienie polskiej polityki, bowiem nie usunęła przyczyn trwającej w Polsce wojny. A przyczyną tą jest brak polskiej transformacji. "Polska pokazała swą słabość" – stwierdza autor w swoim tekście. Polska od samego początku jest państwem słabym, bez wykształconej propaństwowej elity. Polacy są społeczeństwem bez ugruntowanej tożsamości, nie czującej dumy narodowej. Sytuacja ta jest właśnie wynikiem braku rozliczenia z PRLem. Skoro III RP powstała na bazie kraju, którego kwintesencją był kryzys polskiej państwowości, jeśli nie doprowadzono do rozliczenia tych, którzy PRL budowali, jeśli nie wyciągnięto wniosków z czasów komuny, to "wolna" i "demokratyczna" Polska skazana jest na powtarzanie patologii istniejących w Polsce Ludowej. Jedną z nich jest wpływ na politykę środowisk byłych służb PRL. To ich poparcie wytycza dziś główną oś podziału w polityce. Proces dekomunizacji mógłby tę grupę odciąć od wpływów. Brak takiego procesu uniemożliwia jednoczenie się polityków różnych opcji wokół czegokolwiek. Jak można znaleźć źródło porozumienia, jeśli jakieś ugrupowanie ma umocowanie we wpływowych ludziach związanych z obcymi służbami specjalnymi, uwikłanych w związki z KGB, którzy dzięki swoim znajomościom w świecie polityki i biznesu prowadzą własne interesy, często na szkodę państwa. Taka sytuacja wyklucza opracowanie i przeprowadzenie jakiegokolwiek wspólnego projektu politycznego, chyba że wszystkie partie polityczne zgodzą się na działanie ze służbami w tle.
Szansa na marginalizację wpływów ludzi związanych ze służbami PRLowskimi stała się realna w 2005 roku, gdy Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość – wtedy prezentujące mocno konserwatywny program - zyskały ogromne poparcie w wyborach. Jednak do koalicji PO-PiS nie doszło, a Platforma wkrótce włączyła się w ostry atak na rząd, stając się politycznym reprezentantem postulatów ludzi komunistycznych służb. Jest nim do dzisiaj. Dopóki nim będzie, dopóty wojna między PiSem a PO się nie skończy. O ile uprawnione jest mówienie, że eskalowanie konkretnych sporów jest wynikiem szkodliwej działalności zarówno PiSu, jak i PO, to obarczanie tych środowisk taką samą odpowiedzialnością za szerzącą się w Polsce wojnę jest nieporozumieniem. Bowiem to Platforma Obywatelska postanowiła skorzystać z nadarzającej się okazji rozpętania w Polsce kłamliwej nagonki na oponentów politycznych, wykorzystując poparcie środowisk specsłużb. Z efektów tej nagonki korzystała również przed ostatnimi wyborami prezydenckimi, ostrzegając o recydywie IV RP i nadciągającym widmie "kaczyzmu". Prawo i Sprawiedliwość wojnę podsyca głównie swoja retoryką, zaś dla Platformy Obywatelskiej stała się ona kwintesencją działania i legitymacją do funkcjonowania na scenie politycznej. O ile PiS bez politycznej wojny mógłby istnieć i miałby się dobrze (pamiętajmy, że gdyby nie ostra nagonka mediów w latach 2006-2007 obecnie Polską rządziłby PiS), o tyle Platforma bez poparcia służb i wynikającej z tego wojny z "kaczyzmem" dziś prawdopodobnie by nie istniała.
Skorzystać z pomocy KGBisty
Podobnie nie można zestawiać ze sobą decyzji Donalda Tuska i Lecha Kaczyńskiego o wyjeździe do Katynia. Polski premier postanowił w walce politycznej z konkurentem skorzystać z pomocy premiera obcego kraju, który prowadzi antypolską politykę. Wyjazd Tuska do Katynia miał ośmieszyć Kaczyńskiego i pozwolić szefowi rządu zbić polityczny kapitał na rzekomym poprawieniu stosunków politycznych z Rosją. Jego zgoda na udział w obchodach rocznicy zbrodni katyńskiej miała posmak zdrady. Polski premier zamiast świętować z polskim prezydentem wolał czcić pamięć zamordowanych Polaków z byłym gospodarzem Kremla. Obaj chcieli zakrzyczeć "tamtego", który jak zwykle się pcha i awanturuje.
Decyzja Tuska o wyjeździe do Katynia została podjęta, gdy wiadomo już było od dawna o podroży Kaczyńskiego. Delegacja polskiego rządu wepchnęła się przed Kaczyńskiego, a potem brała aktywny udział w ośmieszaniu wyjazdu z prezydentem na czele, włączając się w utrudnianie organizacji wylotu. Jeśli Kaczyński chciałby powiedzieć w Katyniu (choć wiadomo, że nie chciał), że to on, a nie Tusk, stoi na czele prawdziwie polskiej delegacji, popełniłby polityczny błąd. Jednak nawet wtedy nie można byłoby stwierdzić, że ten błąd jest porównywalny do zachowania Donalda Tuska. Bowiem Kaczyński podczas swojej podróży nie korzystał skwapliwie z pomocy byłego KGBisty, by dokopać premierowi, nie próbował ośmieszyć szefa rządu włączając się w polityczne gierki Kremla, nie włączył się w działania środowiska, które walczy z Polską na arenie międzynarodowej i stara się ją zwasalizować.
Tylko prawda wyzwala
Uczczeniem pamięci ofiar katastrofy smoleńskiej miałoby stać się – zdaniem Roberta Kuraszkiewicza – polityczne pojednanie. "Powinniśmy się koncentrować na tym, jak naprawić państwo, a nie tylko poszukiwać winnych" - pisze publicysta. Jednak pojednanie takie, żeby dało jakikolwiek efekt, musi być oparte na prawdzie. A z prawdą większe problemy będzie miała Platforma Obywatelska. By polska wojna polityczna zakończyła się na stałe musiałaby ona przyznać, że włączyła się w atak na rzekomo autorytarny rząd PiSu ze świadomością, że to kłamstwo, że z premedytacja atakowała prezydenta Lecha Kaczyńskiego, robiąc z niego głównego obwiesia Polski oraz największego politycznego szkodnika. Musiałaby przyznać, że akceptuje retorykę swojego posła Janusza Palikota, który jest specem od politycznej mokrej roboty. Bez tego pojednanie polityczne w Polsce byłoby kłamstwem. A jako takie nie trwałoby nawet tygodnia. Tylko prawda jest ciekawa, tylko prawda zaspokaja potrzebę rozliczenia się z przeszłością. A takie rozliczenie byłoby dla Platformy Obywatelskiej politycznym samobójstwem. Środowisko służb mogłoby się od niej odwrócić i przerzucić poparcie na SLD, wzmocnione ostatnimi wyborami, media przestałyby się zachwycać każdą decyzją, lub jej brakiem, premiera Tuska, a wyborcy mogliby wycofać swoje poparcie. W obecnej chwili na prawdziwym pojednaniu partii rządzącej na pewno nie zależy. Prawdopodobnie nie zależy na nim również PiSowi, ale dla partii Jarosława Kaczyńskiego, pojednanie oparte na prawdzie nie stanowi zagrożenia politycznym upadkiem.
Polska jest skazana na polityczne wojny jeszcze przez lata. Dopóki warunki gry któremuś z ugrupowań dyktują ludzie związani z byłymi służbami, dopóty na zakończenie wojny nie ma szans. Dziś walka między politycznymi graczami jest bardzo ostra i zacięta. Jednak jedyną nadzieją na jej zakończenie jest odkrycie kart, pokazanie zakulisowych gier wokół polityki i odcięcie się od PRLowskich funkcjonariuszy. To z kolei prawdopodobnie stanie się dopiero, gdy ich nie będzie już na tym świecie.
Stanisław Żaryn
Artykuł jest polemiką do tekstu "Ciszej nad tą trumną".
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

