Wybitnego reżysera możemy poznać po tym, że po kilku minutach projekcji jego filmu bez problemu rozpoznajemy jego twórcę. Takich reżyserów jest za oceanem kilku: Scorsese, Jarmusch, Lynch, Stone, Tarantino to czołówka. Po obejrzeniu „Spadkobierców” bez mrugnięcia okiem umieszczam na tej „białej liście Hollywood” Aleksandra Payne'a. Trudno nie podzielać zachwytu Amerykanów nad jego nowym dziełem, które otrzymało 5 nominacji do Oscara. Ku wielkiemu rozczarowaniu wielu krytyków George Clooney nie wyszedł z gali z Oscarem. A ten należał mu się jak nigdy. Natomiast zupełnie nie dziwi Oscar za scenariusz dla Aleksandra Payn’a. Nie można jednak zapominać, że artysta, który jest prawdziwym mistrzem adaptacji, zgarnął już złotą statuetkę za „Bezdroża”, zachwycającym publiczność na całym świecie. Adaptacja książki Kaui Hart Hemmings wpisuje się w znakomitą serię tekstów jednego z najciekawszych współczesnych filmowców.
Oglądając „Spadkobierców” można zrozumieć, dlaczego twórca „Schmidta” i „Bezdroży” sięgnął po to bestsellerowe opowiadanie. Wszystkie zekranizowane przez twórcę historie łączy kilka górnolotnych motywów takich jak: samotność, penetrująca osobowość podróż, odkupienie win, niespodziewana zdrada czy bezgraniczna przyjaźń. We wszystkich dziełach Payne'a możemy również znaleźć kilka innych elementów, które wydają się jego obsesjami, podobnie jak pełna komarów wieś Woody'ego Allena. W „Spadkobiercach” znów mamy więc żyjącego w iluzji zwykłego Amerykanina, który dowiaduje się, że żona przyprawiała mu rogi, córka jest zapatrzona w totalnego kretyna, a rodzina okazuje się być pazerną bandą dziwaków. Jednak tym razem główne motywy z wcześniejszych filmów Payne'a są potraktowane poważniej. Część polskich krytyków robi zresztą z tego powodu filmowi lekki zarzut. „To mógł być film wybitny, ale brak mu lekkości – Payne nie zostawił niczego domysłom widzów i wszystko wykłada do końca”- pisał recenzent „Newsweeka”. Zapomina on jednak, że „Spadkobiercy” opowiadają o facecie, który musi patrzeć na umierającą żonę-warzywo, która ma być zgodnie z testamentem odłączona przez rodzinę od aparatury podtrzymującej życie, by w końcu umrzeć z głodu. Naprawdę lekkość „Bezdroży” przy takim temacie byłaby, pisząc delikatnie, nie na miejscu.
Mieszkający na Hawajach adwokat Matt King jest w prostej linii potomkiem jednego z pierwszych białych właścicieli rajskiego kawałka wyspy na Hawajach. Majątek należy do ogromnej rodziny, jednak to King ma decydujący głos w funduszu powierniczym, który zarządza ziemią na wyspie Kauai. Spłukani kuzyni Kinga chcą sprzedać ziemię pod nowoczesne centrum hotelowo-rozrywkowe. King nie jest jednak przekonany do słuszności transakcji. W tym czasie wypadkowi ulega jego żona Elizabeth. To ona przez lata zajmowała się domem i ich dwiema córkami, nastoletnią Alex i dorastającą Scottie w czasie, gdy Matt robił karierę. Wypadek przewartościowuje nagle całe życie Kinga, który obiecuje poprawić się jako mąż i mężczyzna, jeżeli kobieta wyjdzie ze swojego stanu. Jednak w trakcie rozmowy z nadużywającą alkoholu córką, dowiaduje się, że „perfekcyjna” i „oddana” gospodyni domowa miała kochanka i chciała się rozwieść. Nagle maska z pozoru prostej i wyciskającej łzy historii zostaje zerwana. - Niech nikogo nie zwiedzie hawajski krajobraz, waga pewnych decyzji tak samo przygniata każdego, niezależnie od długości i szerokości geograficznej- mówi King na początku filmu. Nie tylko ukochana przez Payne'a droga, którą muszą przebyć bohaterowie, jest głównym wątkiem tej historii. Wielką rolę w niej odgrywają Hawaje, które nie są już tylko słonecznym rajem, znanym z głupkowatego serialu o detektywach. Mimo tego, że Payne pieści kamerą ten piękny archipelag, który jest jak rodzina Kinga-połączony, ale jednak rozbity, to jednak pokazuje jego drugie oblicze. Może właśnie dlatego tak duże wrażenie robi zestawienie lazurowego morza i pięknych palm z niemal dosłownie usychającą Elizabeth. Hawaje to również prawdziwe dziedzictwo ekranowych spadkobierców, które definiuje ich sposób bycia i zachowania. „Gdy miłość jest dana, miłość powinna być zwrócona; złość jest rzeczą, która nic nie daje”- mówi stare hawajskie przysłowie. Znakomicie oddaje ono przesłanie filmu, który zdobył Złotego Globa za najlepszy dramat roku.
Znakiem rozpoznawczym filmów Payne'a są wybitne kreacje aktorskie. W filmie „Schmidt” mieliśmy genialnego Jacka Nicholsona, który za sam wizerunek na plakacie do filmu powinien dostać Oscara. W „Bezdrożach” wszystkich zachwycił Paul Giamatti, którego kariera nabrała wówczas tempa. W „Spadkobiercach” pierwsze skrzypce gra Clooney, o którego koncertowym występie napisano już wszystko. Warto jednak odnotować w filmie naprawdę poruszający występ Roberta Fostera, przypomnianego w „Jackie Brown”, który wciela się w nieumiejącego sobie poradzić z dramatem córki starszego faceta. Warto zobaczyć ten chwytający za serce epizod, który jest tylko niewielką częścią trzeciej części magicznej, trylogii Aleksandra Payne'a na temat tragikomicznej „drogi”, którą wszyscy podążamy.
Łukasz Adamski

