Kiedy więc Maku pakował swój archaiczny magnetofon na szpule, skarpety, szczoteczkę i skromny zapas batonów, przewidywał wyprawę dwudniową. Standard. Cóż więcej można robić na Śląsku.
Lata doświadczenia w sajntdżurnalizmie nauczyły go, jak znaleźć świętego w jedno popołudnie, umówić na wieczór, przegadać całą noc i następnego poranka udać się w drogę powrotną. Ze św. Barbarą tak się nie dało. Zamiast wywiadu powstał reportaż.
- To nawet nieźle – pomyślał Maku. – Kiedyś nazywano mnie mistrzem tego gatunku.
Pierwsze spotkanie
Hala dworca w Katowicach. Hamburger na szybko i siorbanie herbaty. Uśmiech bufetowej. Szturchnięcie w ramię.
- Złotóweczkie na winko, dobry człowieku – zachrypnięty głos i ten akcencik wskazywał na warszawiaka. I Maku wsparł warszawiaka w Katowicach, ale okazji, jak przystało na rasowego reportera, nie zmarnował.
- Szukam Barbary. Świętej Barbary – pyta wprost.
- Nie wiem, nie znam się, nie interesuję – odparł żulik. – I ty też się nie interesuj. Tam był trup.
Żulik odszedł. Maku zapłacił bufetowej i posłał jej uśmiech. Niech wie, co znaczy uśmiech rasowego reportera.
Drugie spotkanie
- Redaktorze, jak miło, że pan nas odwiedza – dyrektor kopalni wiercił się na krześle i drapał po czole. – To zaszczyt, prawda, ogromny, że gość w dom. My na Śląsku gościnni. Ale sam pan rozumie. Czas przekształceń w górnictwie i w ogóle... - mówi nieskładnie, z silnym miejscowym akcentem, dyrektor.
- Spokojnie, ja nie w tym celu – uspokajam dyrektora, a ten wyraźnie odczuwa wewnętrzną ulgę. – Ja szukam Barbary. Świętej Barbary.
- No, tak – wzdycha dyrektor. – A naszym czarnym złotem to już się nikt nie interesuje. Ale proszę bardzo. Moje chłopaki co nieco panu powiedzą. Może i zdjęcie pokażą. Bo, panie, ładna dziewczyna z niej była. Ale ten ojciec...
- Znał pan ojca?
- Co tu wiela godać – dyrektor zapomina na moment o polszczyźnie, a na jego czoło powraca pot. – To szycha była. Wacław Dioskurski, gorol jeden. Baliśmy się go, panie... Miał wpływy nawet w KC. Taki Czarny Baron.
Trzecie spotkanie
Ksiądz kapelan zapala świece. Za chwilę zacznie się Msza w kaplicy. Powoli schodzą się ludzie.
- Wiesz, młodzieńcze, to wcale nie tak łatwo, jak jesteś w centrum, jak stawiają cię na świeczniku i jak masz samochód z kierowcą, a córka wywija ci taki numer. I się nawraca, i się modli, i jeszcze ciebie próbuje zaprowadzić do Kościoła – mówi pospiesznie duchowny. Ksiądz przerywa. Knotek wymaga chwili uwagi. Kapelan robi to od lat, ale zawsze z tym samym zaangażowaniem. Trzeba odsunąć trochę wosku i wyprostować knotek.
- Tak, młodzieńcze. Ale pan Bóg ma swoje dojścia. I ty też swoich poszukaj, jeśli chcesz się czegoś o niej dowiedzieć. Ja już muszę zmykać. Msza za dziesięć minut, a pod konfesjonałem kolejka.
Czwarte spotkanie
Pracownik oddziału IPN był uprzejmy, bardzo uprzejmy. Nie wiedział jednak nic.
- Teczki tej sprawy zniszczono. Nic się, proszę pana, nie zachowało. Nie wiemy nawet, czy istniała. Owszem robiono kwerendy, pytano, nagrywano, szukano źródeł. Prosił o to nawet biskup. Ale ktoś starannie zatarł wszystkie ślady.
- A co tu do zacierania?
- Oj, proszę pana, ta sprawa śmierdziała. A smród sięgał samego KC, proszę pana. Więcej niczego nie wiem.
Piąte spotkanie
To spotkanie kosztowało Maku wiele. Wódka nie była wprawdzie droga, ale wypić jej trzeba było sporo. Stary sztygar miał głowę zaprawioną w takich bojach i za nic nie chciał oddać pola.
Dopiero po trzeciej godzinie zajęczał:
- Basieńka, jaka ona piękna była.
- Kochaliście się?
- Nie, nie chodzi o mnie. Józek, taki chłopak z kieleckiego. Przyjechał się tu uczyć na górnika. To starszy chłopak był. Wiedzieliśmy, że jakieś szkoły już wcześniej kończył, ale przyznać się nie chciał. Ino jak okazja była, to on chował się w kątku i czytał książki. Zachodził do Basi często. A ona, wie pan, dygnitarska córka. Ojciec się bał, więc zamykał ją w domu i nauczycieli sprowadzał.
- A Józek, jak on się do niej dostawał?
- Che, che, a to była afera! Jej ojciec sprawdzał wszystkich nauczycieli. Pytał na policji, miał dojścia do SB... Myślał, że wszystko wie. I był też nauczyciel, Andrzej, owszem ideologicznie czysty, ale...
Sztygar zastukał w pustą butelkę paznokciem, więc Maku wyciągnął następną butelkę.
- No więc Andrzej znał się z tym Józkiem, co się u nas roboty uczył. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy. Ale oni się znali z seminarium. Razem uczyli się na księdza.
Spotkanie szóste
Warszawa. Sejmowy bar Za kratą. Jemy torcik kakaowy i zapijmy likierkiem. Poseł G. zwykle jest rozmowny. Nie dziś.
- Papierów już żadnych nie ma. Wszystko zniszczyli.
- Dlaczego?
- Dioskurski był wysoko. Stać go było na to.
Poseł G. należy do ludzi, którzy wyglądają wciąż tak samo. Niewiele różni się od tego G. sprzed trzydziestu lat. Tego G., którego znamy z historycznych fotografii. Adwokat, obrońca praw człowieka i detektyw-amator.
- Prosili mnie, to badałem. Porządna łapówa pozwoliła nawet obejrzeć zwłoki Basi.
- Właśnie, zwłoki.
- Ja, proszę pana, nie chce za dużo mówić. Ale ten Dioskurski zadzwonił do mnie kilka miesięcy temu i potwierdził to, co wtedy, trzydzieści lat temu ustaliłem. Chyba był pijany, widać to rozpamiętuje, strasznie niewyraźnie mówił. Ale potwierdził, że zabił. Za hańbę. Za Kościół.
- A co z wątkiem anielskim? Czy Pan coś wie, może Pan coś słyszał? Wierzy Pan w Anioły?
- (Milczenie) W aktach o tym czytałem. Zdziwię pana, redaktorze, ale ten wątek był tam bardzo rozbudowany. Ktoś z KC kazał go drążyć. Nie mogę Panu powiedzieć, co tam było, proszę mnie dalej nie pytać. Ja się w każdym razie wtedy bardzo zaprzyjaźniłem z moim Aniołem Stróżem. Aż tyle mi ta biedna Basia zostawiła.
Maku z Baku
Ważne lektury:
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »




