W skardze kobiety podkreśliły, że przez dłuższy czas nie mogły znaleźć szpitala, który zgodzi się na zabicie dziecka, pomimo, iż miały zaświadczenie z lubelskiej prokuratury o legalności aborcji. Ciąża 14-letniej „Agaty”, zdaniem prokuratury, pochodziła z czynu zabronionego, bowiem ojcem nienarodzonego dziecka był niespełna 15-letni chłopiec. Początkowo jednak media, w tym „Gazeta Wyborcza” kłamały, że powodem jest gwałt, do którego nigdy nie doszło.



Zabicia dziecka odmówiły dwa szpitale w Lublinie i szpital w Warszawie. Ostatecznie obie kobiety odwołały się do Rzecznika Praw Pacjenta, który spowodował, iż minister zdrowia wyznaczył z urzędu szpital w Gdańsku. Informacja o dokonaniu aborcji została przekazana mediom. Kobiety oskarżyły Polskę o utrudnianie wykonania dozwolonego zabiegu, dopuszczenie do prześladowania przez działaczki ruchu obrony życia i ujawnienie tajemnicy lekarskiej. Skargę rozpatrzył siedmioosobowy skład sędziowski.

 

A ja słuchając tej historii nie mam wątpliwości, że ten proces jest naszą winą. Przed czterema laty zbyt wiele instytucji i osób zawaliło swoje obowiązki. Kościół hierarchiczny wypowiedział się w tej sprawie dopiero po zabiciu dziecka, nigdy nie orzeczono, czy minister zdrowia wskazująca szpital, w którym zabito dziecko, ekskomunikowała się czy nie, i wreszcie politycy i zwykli obywatele nie zaangażowali się wystarczająco w obronę dziecka. W efekcie... dziecko nie tylko zginęło, ale Polska ma też proces.

 

TPT/Tvp.info