Ojtam, bądźmy optymistami. Jeżeli nie da się złapać konwencjonalnymi metodami to Inspekcja Transportu Drogowego ma na to sposób: cywilne samochody z fotoradarami sprawią, że człowiek wracając z wakacji do domu może się nagle dowiedzieć, że już nie ma prawa jazdy i spełnić zaszczytny obowiązek wspomożenia ministra Rostowskiego w trudnych czasach kryzysu.

 

Sprawa byłaby może i śmieszna gdyby nie jeden, drobny i niewiele znaczący, problem. Otóż głównym zadaniem policji, ITD czy straży miejskich karzących kierowców nie stosujących się do przepisów jest zapobieganie wypadkom. Delikwenta trzeba złapać, wyjaśnić mu krótko i węzłowato co zrobił i wlepić mandat żeby następnym razem pomyślał zanim zaszaleje. Niestety, takie prewencyjne działanie jest sprzeczne z założeniami ministra finansów. Kierowca ukarany w ten sposób będzie jeździł ostrożniej i dla budżetu stanie się całkowicie nieprzydatny. Stąd pomysł by mandaty wlepiać nie informując o tym fakcie „beneficjenta”, niech jedzie dalej, złapie się go jeszcze parę razy i zamiast pięciuset złotych będzie pięć tysięcy. Biznes się kręci, forsa leci, budżet się domyka.

 

Cały kłopot w tym, że taki zapieprzający jak wariat kierowca jest zagrożeniem dla innych uczestników ruchu a eliminacja tego zagrożenia jest głównym zadaniem służb mundurowych. Nie zostały one powołane po to, by Jan Vincent Rostowski mógł spokojnie spać i nie martwic się o pieniądze. Robienie z policjantów poborców podatkowych jest dla nich obraźliwe i mam nadzieję, że oni sami zbuntują się przeciwko takiemu traktowaniu. Zostali przecież powołani do służby społeczeństwu, któremu bezpieczeństwo mają zapewnić. Jeżeli minister potrzebuje forsy to może niech weźmie się do roboty i zadba o publiczne finanse, o gospodarkę i o ludzi, którzy żyć z czego nie mają – bo on, w odróżnieniu od policjantów, właśnie do tego powołany został.

 

Alexander Degrejt