- W sprawie in vitro jestem w trudnej sytuacji – wyjaśnia znany z dość konserwatywnych poglądów Arkadiusz Mularczyk – bo jestem członkiem Kościoła, którego stanowisko w tej sprawie jest jasne, a z drugiej mam w rodzinie chrześniaka poczętego właśnie z in vitro. Chcę być więc lojalny wobec Kościoła, ale nie mogę powiedzieć, że jestem przeciw in vitro, bo dzięki niemu mamy wspaniałego kilkunastoletniego chłopaka. Sam mam dwójkę dzieci, więc jestem w stanie zrozumieć, że kuzynka zdecydowała się na in vitro – mówi polityk „Solidarnej Polski” w wywiadzie udzielonym Robertowi Mazurkowi.

A mnie trudno z żalem nie zauważyć, że to kolejny konserwatysta, który nie rozumie, że sprzeciw wobec metody nie powinien wyrastać z tego, że jest się lojalnym wobec Kościoła, ale z tego, że aby móc powołać do życia jedno dziecko (wspaniałe, i nikt nigdy nie powinien występować przeciwko takim dzieciom) trzeba poświęcić do dwudziestu innych. I to właśnie te koszty sprawiają, że metoda jest zła, choćby nawet intencje tych, którzy ją stosują były dobre. Cel nie uświęca środków i od konserwatysty, można chyba wymagać choćby podstawowej świadomości tego faktu?

TPT/Rzeczpospolita