Wojciech Mucha opublikował tekst pt. Kłamstwa autora „Stulecia kłamców”, który pozwalamy sobie przekleić, bo naprawdę otwiera oczy!

Waldemar Łysiak w ostatnim numerze tygodnika „DoRzeczy” popełnił tekst, który bez zmiany przecinka, (czego jak wiemy autor nie pozwala robić nikomu) mógłby ukazać się na stronach prowadzonych przez organa prasowe prorosyjskich terrorystów z Donbasu. Rosyjska stacja Life News mogłaby na jego podstawie nakręcić kilka felietonów, obliczonych na wywołanie antyukraińskich zamieszek, a uczelnie wyższe powinny pokazywać go adeptom dziennikarstwa, jako przykład na zaawansowaną manipulację.

Tekst „Ukrainiada”, który w założeniu miał mieć charakter demaskatorsko – skandalizujący, oświęcony jest rzekomo przemilczanym przez polskie media wydarzeniom za naszą wschodnią granicą. Jest jednak typowym w ostatnich latach dla Łysiaka zbiorem szwarcu, mydła i powidła, okraszonego wątpliwymi merytorycznie cytatami autorów, których zdanie pasuje akurat pod tezę autorowi „Statku”.

Tym razem Łysiak w sobie znanym stylu żongluje a to teoriami Maxa Kolonko, jakoby Ukraina musiała pozostać „słaba i dzika”, bo „silna nam tych ziem nie zwróci”. Wyraża więc Łysiak sugestię, że Polsce powinno zależeć na konserwowaniu na Ukrainie korupcji, bandyterki, zgnilizny moralnej. I zapewne wojny, Bo tylko wtedy Polska odzyska Lwów. Po co nam Lwów dziki i słaby, pełny ukraińskich nacjonalistów i biedaków? Nie dowiadujemy się.

Dalej do swojego kotła z antyukraińskim bigosem wrzuca „Wilk” nawet Borysa Niemcowa, zamordowanego pod murami Kremla rosyjskiego opozycjonistę, u którego doszukuje się współpracy z „banderowcami”. Jakiej współpracy? Niewiadomo. Jakimi banderowcami? Niewiadomo. Bo Łysiak za banderowców uważa zarówno rząd w Kijowie, jak i opozycję, a także in gremio wszystkich walczących na wschodzie tego kraju.

Co smutne, w tym miejscu tekstu czytelnik odnosi wrażenie, że Łysiak może nie usprawiedliwia, ale rozumie mord dokonany na Niemcowie przez ludzi Putina. Którego to Putina zdaniem publicysty „DoRzeczy” doskonale racjonalnie pojmują „znakomici przywódcy prawicowi” – Vaclav Klaus i Wiktor Orban. A Polacy nie.

***

Później następuje część główna. Lista rzekomych „łgarstw i przemilczeń”, których jakoby dopuścić się miały rodzime (polskie) media na temat konfliktu ukraińskiego (ukraińskiego? Wewnętrznego?). Istotnie jest to lista łgarstw Łysiaka, które należałoby przemilczeć, gdyby nie fakt, że są szalenie szkodliwe.

I tak:

1) Petra Poroszenkę, prezydenta Ukrainy przedstawia Łysiak jako „syna mołdawskiego Żyda Aleksego Walcmana, wyrzuconego za kradzieże z KPZR”, człowieka „ciągle podejrzewanego o przekręty handlowe i machlojki rynkowe”. Jedyną wzmianką na ten temat w polskim Internecie jest dokonane przez niejakiego blogera Maruchę streszczenie informacji z jednej z separatystycznych stron. Prawda wydaje się o wiele mniej fascynująca, a dla Łysiaka wręcz kompromitująca:

Okazuje się, że ojciec prezydenta Ukrainy znalazł się w więzieniu, ponieważ w jego garażu znaleziono dwa zwoje miedzianego drutu. Podejrzewano go także (o zgrozo!) o zakup od „nieokreślonego kierowcy” 64 litrów alkoholu "świadomie nabytych w drodze przestępstwa". Rzecz doprawdy niespotykana w społeczeństwie sowieckim. Czy o tym, że wcale nie nazywał się Walcman, muszę także przekonywać? Otóż podobnie nie ma na to dowodów, poza wrzutkami, które i my znamy z list w rodzaju „Leszka Bubla Lista Miliarda Polskich Żydów”.

Ale Łysiak nie pierwszy raz zniża się do tego poziomu argumentacji. Pamiętajmy, że to właśnie „Wilk” zacytował swego czasu w felietonie w „Gazecie Polskiej” nieistniejące „taśmy Geremka”. Kto chce, ten znajdzie.

źródło dot. Poroszenki: 
https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=1529328007283992&id=100006204226091&substory_index=0

2) Krytyki nie może także wytrzymać fakt, że Łysiak celowo bądź z niewiedzy zawyża liczbę fabryk Petra Poroszenki, które funkcjonują w Rosji „bez żadnych kłopotów” (używa liczby mnogiej, choć fabryka jest jedna), nie pisząc ani słowa o tym, że:

„Władze Rosji otworzyły nową sprawę karną, w której oskarżają dyrekcję fabryki o sztuczne zawyżanie kosztów produkcji oraz budowy nowych budynków. Zdaniem prokuratorów firma w latach 2012-2013 w ten sposób wyłudziła 3, 6 mln dolarów podatku VAT. Śledczym nie podobają się też zwolnienia w fabryce, a te mają po prostu utrzymać zakład przy życiu. Warto dodać, że rosyjski sąd pod koniec kwietnia orzekł, że musi przejąć część aktywów firmy ze względu na toczące się postępowania karne. "Zamrożono" wówczas ponad 39 mln dolarów.”

Źródło pierwsze z brzegu:

http://tvn24bis.pl/…/wladze-rosji-zablokowaly-sprzedaz-fabr…

3) Dalej pisze Łysiak o zdymisjonowaniu szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, Walentina Naływajczenki. Ten miał wg. publicysty „ponieść karę za próbę postawienia zarzutów korupcyjnych Poroszence i Jaceniukowi”. Nie znajduje to absolutnie żadnego potwierdzenia w faktach, ale przecież nie o fakty tu chodzi. Gdyby Łysiak chciał je poznać i przedstawić czytelnikom, zapewne sięgnąłby choćby do opracowania Ośrodka Studiów Wschodnich na ten temat.

http://www.osw.waw.pl/…/proba-sil-w-ukrainskiej-polityce-po…

4) Kolejnym, stwierdzonym przez Łysiaka za oczywisty, jest fakt, jakoby „Władza w Kijowie” skrytobójczo mordowała ludzi związanych z Partią Regionów. Bez żadnych dowodów uznaje autor „Ceny”, że to owa „władza” odpowiada za śmierć „kilkudziesięciu ofiar” w tym dziennikarza Ołesia Buzyny. W tym przypadku, choć śmierć Buzyny jest istotnie tajemnicza i niepokojąca, Łysiak nie wartościuje już (jak w przypadku Niemcowa), że ów Buzyna był jednym z najzagorzalszych prorosyjskich propagandzistów na Ukrainie. Ofiar jego zdaniem ma być już „kilkadziesiąt”. Powołuje się przy tym na tytuły w „mediach zachodnich” głoszące ze „ProJanukowyczowców kosi cicha śmierć”. Pomimo usilnych starań tekstu o takim tytule nie znalazłem.

5) Kolejnym „faktem” niewiadomego pochodzenia jest wyjątek o rzekomym „dołożeniu przez Ukrainę ciężkiego sprzętu w okolice linii frontu”. Zdaniem Łysiaka jest to złamanie porozumień mińskich. Problem w tym, że powołując się na Reutersa, nie podaje ani daty, ani okoliczności, w których miałoby do tego dojść, o aktywności prorosyjskich terrorystów w tym samym czasie również nie pisząc. Nie dowiemy się wiec, jakie (i czy) były rzeczywiste powody takich ruchów. Czytelnik zostaje z informacją: Kijów łamie porozumienia mińskie.

6) Waldemar Łysiak ma niesamowitą zdolność płynnego przechodzenia pomiędzy faktami i mitami. Toteż już za chwilę czytamy o „banderowskich batalionach” „Aidar” (o działaniach władzy ukraińskiej wobec tego i innych batalionów – „Tornado” etc – nie dowiadujemy się) i „Azow” (pułk, nie batalion – WM), w których tego szeregach mieli znajdować się ludzie z emblematami Dywizji SS Dirlewanger. I choć istotnie w szeregach „Aidaru” (nie "Azowa") mieli znaleźć się tacy ludzie, to za chwilę Łysiak kłamie, pisząc, jakoby jeden z pododdziałów „Aidaru” nosił imię „Dirlewanger”

7) Fakt wspierania separatystów przez Rosjan Łysiak uważa za wymysł propagandy kijowskiej, a jako przeciwwagę do tego podaje przykład istnienia rzekomego, złożonego z cudzoziemców Batalionu Ukraińskiej Gwardii narodowej. Za tę machinację miał być odpowiedzialny „Kijów”, a pieniądze miały pochodzić kolejno od: oligarchów Rinata Achmetowa i Igora Kołomojskiego oraz kabaratowego polityka Ołeha Liaszki, których Łysiak wrzuca do wspólnego worka malwersantów, by na koniec wspomnieć o Igorze Kołomojskim jako o „bossie ukraińskiej mafii”.

Oczywiście autor „Fletu z Mandragory” nie wspomina, że i Liaszko i Kołomojski, to osoby pozostające de facto w opozycji do władzy w Kijowie, nie mające żadnych relacji z Poroszenką. Że nie ma żadnego „międzynarodowego batalionu cudzoziemców”, a Gwardia Narodowa na Ukrainie podlega Ministerstwu Obrony i nijak ma się do wpływów oligarchów. Bzdura wyssana z palca.

9) Łysiak podaje, i bez komentarza zostawia, fakt niewpuszczenia na teren Ukrainy motocyklowego rajdu im. Witolda Pileckiego. Nie pisze oczywiście o tym, że jego organizatorzy nie dopełnili oczywistych na Ukrainie formalności, jakimi jest uprzednie zgłoszenie przejazdu kolumny. Nie pisze tez o tym, że wcześniej motocykliści zostali wyrzuceni z Białorusi. Fakt tak przedstawiony pozostawia czytelnika we wrażeniu, że pogranicznicy ukraińscy przejawiają do postaci bohaterskiego rotmistrza jakąś szczególną nienawiść.

Na marginesie: Zostaje to w kuriozalny sposób (i bez komentarza – może na szczęście) zestawione z faktem nieuczestniczenia Polski w rozmowach w formacie normandzkim. Zaiste wydarzenia tego samego kalibru.

9) Oczywiście nie może zabraknąć wisienki na torcie, czyli porównania obecnej sytuacji do wołyńskiego ludobójstwa. I tak kolejnym kłamstwem jest przypisywanie „banderowcom” i „antypolakom” a w zasadzie „Kijowowi” wrzucenie do Internetu zdjęcia tortu, "zwieńczonego figurką polskiego dziecka, które trzeba pokroić”. Łysiak nie pisze oczywiście, że ani dziecko nie było polskie, ani nie zrobił tego Kijów, tylko mieszkający na Ukrainie rosyjski happener o specyficznym (porównywalnym z wtykaniem polskiej flagi w odchody) poczuciu humoru. Nie pisze też, że cała akcja była równie specyficzną odpowiedzią na rosyjską propagandę, ukazującą Ukraińców jako dzieciojadów i słow niejakiego Olega Cariowa o "rzezi wołyńskiej". Zresztą komentarz organizatora poniżej:

http://polonews.in.ua/…/komentarz-organizatora-wydarzenia-w…

10) Tymczasem na koniec Łysiak wybiera się na Wołyń. Czyni to, odwołując się a to do Stanisława Srokowskiego (przywołując jego cytat o „zginaniu się przedstawicieli Polski przed barbarzyńcami”), a to posługując się cytatem z Jacka Soski, zapomnianego polityka PSL, który w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, wspomniał swego czasu o kosmicznej liczbie 220 tysiącach polskich ofiar ludobójstwa na Wołyniu.

To liczba, której nie wytrzyma żadna krytyka. I jakkolwiek argument, że nie o liczby chodzi, a o pamięć do mnie przemawia, to kłamstwa które mają na celu spotęgowanie przerażającego obrazu dzisiejszej Ukrainy, a które de facto przynoszą więcej szkody niż pożytku, dając argument drugiej stronie do bagatelizowania sprawy. Gra liczbą ofiar dla bieżącej korzyści jest zresztą obrzydliwością, niezależnie od tego, czy się ją zawyża, czy zaniża.

Źródło pierwsze z brzegu: „w sumie wraz z wołyńskim ofiarami czystek etnicznych padło według różnych źródeł

https://pl.wikipedia.org/wiki/Rzeź_wołyńska…

11) Po przedstawieniu wszystkich tych dowodów, zapewne by dopełnić wrażenia Łysiak doprawia swój antyukraiński bigos opisem zbrodni, jakich na polskiej ludności dopuścili się zbrodniarze z UPA. Fruwają więc koziki i siekiery, sól sypie się na zdartą skórę, a serca wyjmowane są żywcem. Ukrainiec AD 2015 przegląda się u Łysiaka w lustrze ze swoim duchowym protoplastą - rezunem z UPA. Całość kończy się, a jakże, zawołaniem „Sława Ukraini” wypowiadanym przez autora.

Tekst Waldemara Łysiaka ma na celu obrzydzić czytelnikowi wszystko co wiąże się z krajem za naszą wschodnią granicą. Przedstawić go jako sztuczny, bandycki twór, którego mieszkańcy to potomkowie morderców i złodziei, którzy za pieniądze Możnych Tego Świata wywołali burdę, z którą nie mogą sobie poradzić. Jest mi przykro, że autor, którego przez kilka lat swojego życia uznawałem za autorytet jest w stanie tak kłamać i manipulować.

Rzeczywistość na Ukrainie nie wymaga demonizowania. Jest wystarczająco straszna i skomplikowana. Ostatnie lata to okres tragedii tysięcy ludzi, wypędzonych przez wojnę ze swoich domów. Ofiar zbrodni wojennych i takich działań. Pomimo deklarowanych zmian, władze tego kraju nie kwapią się z wprowadzaniem reform, walką z korupcją czy bandytyzmem. Podobnie rzecz ma się na płaszczyźnie współpracy międzynarodowej, w tym także z Polską. Obojętność wobec polskich spraw (wypowiadanych półgębkiem lub histerycznym wrzaskiem i groźbą) nie jest jakimś dyktowana jakimś szczególnym antypolonizmem. Nie trzeba być ukrainistą, by to zrozumieć. Wystarczy myśleć i patrzeć bez nienawiści. Łysiak woli jednak szukać wroga i znajduje go nad Dnieprem.

Co boli mnie najbardziej, redakcja „DoRzeczy”, w której łatwo znaleźć ludzi rozsądnych i rozumnych, bez mrugnięcia okiem postanowiła wydrukować ten kłamliwy i szalenie przez to szkodliwy tekst. Stało się tak zapewne dlatego, że Waldemar Łysiak jest osobą o sporym autorytecie, jaki zyskał przez swoją (dużo wcześniejszą od obecnej) twórczość.

Charakter autora i jego megalomania, znana w środowisku dziennikarskim doskonale, sprawiają, że jeśli ktoś godzi się na współpracę z autorem „Malarstwa Białego Człowieka”, musi godzić się na jego fanaberie i fakt, że pisze on co chce. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że pisze kłamstwa, kalumnie i zwyczajne bzdury.

Nie wiem, czy redakcja „DRz” poczyniła kalkulację, że lepiej jest mieć u siebie Łysiaka – kłamcę, niż rozstać się z nim w atmosferze skandalu. Jeśli tak, to źle. Jeśli nie widzą nic złego w jego pisaninie, to jeszcze gorzej.

Wojciech Mucha/Facebook