Pozwolę sobie odnieść się do poszczególnych komentarzy, gdyż prawie każdy z nich zawierał jakąś  odrębną myśl, zasługującą na odpowiedź.

Ostrowski napisał: „nie podzielam entuzjazmu autora co do buddyzmu w kontekście świadectwa siostry Michaeli”.  

Jeśli chodzi o ścisłość to siostra Michaela (w linkowanym wywiadzie) mówi o hinduizmie, natomiast ja w „Paradoksach..." odnosiłem się do buddyzmu. Mylenie hinduizmu z buddyzmem jest na naszym podwórku dosyć powszechne, a przecież te dwie religie łączy i dzieli tyle, a może nawet więcej, co judaizm i chrześcijaństwo. Budda zdecydowanie odrzucił tradycję wedyjską, z której wyrasta hinduizm, a tym samym odrzucił tezę o istnieniu Iśwary (Stwórcy), dlatego buddyzm określany bywa jako religia ateistyczna. Jednakże trzeba pamiętać, że Budda odrzucał wszelkie abstrakcyjne idee jako bezwartościowe, a nawet przeszkadzające na drodze duchowego rozwoju, która w jego ujęciu jest drogą otwierania umysłu, uwalniania go od dogmatycznych uprzedzeń, ślepej wiary, sztywnych poglądów i świętego przekonania o własnej racji. Poddał też surowej  krytyce wiele elementów kultury wedyjskiej, takich jak np. ofiary ze zwierząt, czy rasistowskie nauki braminów o czterech stanach społecznych. Bramini mianowicie, w oparciu o wedyjski mit kosmogoniczny, twierdzili, iż na początku czasu stworzeni zostali czterej przodkowie czterech stanów społecznych (kapłanów, szlachty, kmieciów i służących) i od tej pory stanowią oni cztery odrębne „rasy (warna), których hybrydy nie mogą dawać płodnego potomstwa, podobnie jak nie może spłodzić płodnego potomstwa osioł i koń, czy krowa i koza. Człowiek wchodzący do wspólnoty buddyjskiej (Sanghi) oficjalnie zrzekał się przynależności do stanu społecznego (wedyjskiego), z jakiego się wywodził, stając się „synem Buddy" lub „córką Buddy" Buddyzm wprowadził więc prawdziwą rewolucję społeczną w Indiach, zrównując obywateli różnych stanów społecznych a także wprowadzając specyficzne równouprawnienie płci (kobiety mogły wstępować do stanu zakonnego). Kiedy jednak w XII wieku muzułmanie najechali Indie, zniszczyli dominującą tam wówczas kulturę buddyjską, aby zislamizować kraj. W tej sytuacji zepchnięta na margines kultura wedyjska zaczęła się z czasem odradzać, przyjmując postać współczesnego hinduizmu.   

Marek 2200 zarzucił mi „racjonalizację zła":

Paradoks zła kwestionuje Bożą wszechmoc. Starałem się w mojej argumentacji (nawiązującej do objawień św. Katarzyny Sieneńskiej, Marii z Agredy oraz samej Ewangelii) wykazać, iż złem skłonni jesteśmy nazywać to, co jest dla nas przykre, bolesne, sprzeczne z naszymi wyobrażeniami i oczekiwaniami. Tymczasem cierpienie nie jest tożsame ze złem w sensie moralnym. Istnieją szlachetne cierpienia i okrutne przyjemności. Poza tym ból jest naturalnym strażnikiem naszego zdrowia i życia. Ból oparzenia ogniem jest informacją, że nasze ciało źle znosi kontakt z płomieniami. Rozsądek podpowiada, że lepiej będzie kontaktu tego w przyszłości unikać. Na tym polega – w skrajnym uproszczeniu – zdobywanie doświadczenia i mądrości. Ajschylos w „Orestei" napisał: „Zeus to bowiem człeka wwiódł na rozumu drogę: Cierp i cierpieniem ucz cię – rzekł". Czy teza ta sprzeczna jest z duchem Biblii? Wystarczy zamiast Zeusa wstawić Jahwe. Oczywiście doświadczenie może być negowane w imię dogmatu i robili tak np. XVI-wieczni teologowie trzymający się kurczowo dosłownej interpretacji Pisma św. i negujący z tych pozycji system kopernikański, co doprowadziło do absurdalnej sankcji w postaci wpisania dzieła Kopernika na Indeks Ksiąg Zakazanych. A przecież także w imię dogmatycznie pojmowanej teologii Sanhedryn negował Chrystusa, zarzucając Mu bluźnierstwo i żądając Jego śmierci, jako fałszywego proroka. Nawet cuda, których dokonywał na ich oczach skłonni byli raczej przypisywać siłom nieczystym – tak bardzo nauka Chrystusa godziła w starotestamentową teologię, w której oni czuli się ekspertami.

ATW zarzuca mi głoszenie apokatastazy:

Proszę o uważną lekturę fragmentu, w którym rozważam dwie teoretyczne możliwości. I proszę przyjrzeć się uważnie, którą ostatecznie przyjmuję, a którą odrzucam. Nie ma tam poparcia apokatastazy. Nie ma więc herezji.

KAnia oburza się na to, że ktoś tak „zmienny" próbuje ją pouczać: 

Chorągiewka na wietrz? A może po prostu człowiek myślący, poszukujący, rozwijający się. Ten zarzut uważam za tak niesprawiedliwy, że powołam się na „precedens"  św. Augustyna i jego zawiłej drogi do wiary chrześcijańskiej. Poza tym czyż nie powiedział Chrystus, że większa jest w niebie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z 99 sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia? A zupełnie nie rozumiem jak można moje apologetyczne wysiłki odparcia antyteistycznych zarzutów, które podnoszone były w różnych epokach i kulturach, odbierać jako  pouczanie.  

Almi1 pisze: „Bardzo relatywne poglądy, a z tym daleko się nie zajdzie":
 
Proszę wybaczyć, ale ślepy dogmatyzm to chyba nie jest to, po co Pan Bóg dał człowiekowi rozum. Według mnie momentem przełomowym i rewolucyjnym w okresie działalności publicznej Chrystusa były Jego słowa do żydów zamierzających w imię Prawa Mojżeszowego ukamienować kobietę pochwyconą na cudzołóstwie. Mówiąc: „Kto z was jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamieniem", Mesjasz powiedział w istocie: „Oceńcie sami, czy macie moralne prawo sądzić bliźniego, zamiast zasłaniać się ślepym posłuszeństwem przepisom tradycji i udawać przed sobą i przed ludźmi świętych".

Nie wygląda to na nazbyt „relatywne poglądy"? Dla mnie to jest kwintesencja Ewangelii.    

circ. snuje etymologiczne dywagacje mające dowieść związku słowiańszczyzny z kulturą wedyjską:

Wywody trochę nie na temat. Budda zanegował objawienie wedyjskie, system kastowy, wiarę w Iśwarę. Więc trudno mi się odnieść. Ale życzę zdrowia i szczęścia w nowym roku.

Megi pyta mnie czy rzeczywiście wierzę w to, co napisałem w ostatnim akapicie eseju:

Ależ wierzę i nie jestem w tym odosobniony. W „Deklaracji o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich", uchwalonej przez Sobór Watykański II w połowie lat 60., czytamy m. in.:

„Buddyzm, w różnych swych formach, uznaje całkowitą niewystarczalność tego zmiennego świata i naucza sposobów, którymi ludzie w duchu pobożności i ufności mogliby albo osiągnąć stan doskonałego wyzwolenia, albo dojść, czy to o własnych siłach, czy z wyższą pomocą, do najwyższego oświecenia. Podobnie też inne religie, istniejące na całym świecie, różnymi sposobami starają się wyjść naprzeciw niepokojowi ludzkiego serca, wskazując drogi, to znaczy doktryny oraz nakazy praktyczne, jak również sakralne obrzędy.

 
Kościół katolicki nic nie odrzuca z tego, co w religiach owych prawdziwe jest i święte. Ze szczerym szacunkiem odnosi się do owych sposobów działania i życia, do owych nakazów i doktryn, które chociaż w wielu wypadkach różnią się od zasad przez niego wyznawanych i głoszonych, nierzadko jednak odbijają promień owej Prawdy, która oświeca wszystkich ludzi. Głosi zaś i obowiązany jest głosić bez przerwy Chrystusa, który jest "drogą, prawdą i życiem" (J 14,6), w którym ludzie znajdują pełnię życia religijnego i w którym Bóg wszystko z sobą pojednał.


Przeto wzywa synów swoich, aby z roztropnością i miłością przez rozmowy i współpracę z wyznawcami innych religii, dając świadectwo wiary i życia chrześcijańskiego, uznawali, chronili i wspierali owe dobra duchowe i moralne, a także wartości społeczno-kulturalne, które u tamtych się znajdują.”  (podkreślenia moje).

Antex. Dziękuję za rozsądny głos.



Winterman przedstawił całą serię zarzutów, do których odniosę się kolejno:


–    Co do różnych religii – jeszcze raz odsyłam do „Deklaracji o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich” (dostępna w Internecie). Intrygujące są też zdania z niektórych objawień prywatnych (w które oczywiście nie ma obowiązku wierzenia); np. z Marii Simmy, „Apostołki dusz czyśćcowych”, która pewnego dnia „widziała dusze czyśćcowe w grupach: księża, zakonnicy, zakonnice, widziała katolików, protestantów i pogan. Dusze katolików muszą znosić cięższe cierpienia niż protestantów. Poganie natomiast mają lżejszy czyściec, ale otrzymują mniej pomocy i trwa on dłużej. Katolicy dostają więcej pomocy i zostają szybciej wybawieni. Widziała również wielu zakonników i wiele zakonnic przebywających w czyśćcu z powodu oziębłości i braku miłości. Nawet sześcioletnie dzieci muszą czasem długo pokutować w czyśćcu.” („Moje przeżycia z duszami czyśćcowymi”). Albo fragment z objawień Anny Dąmbskiej: „Ja was nie dzielę, dzieci, na dobrych i złych, niewierzących i wierzących, katolików i wyznawców buddyzmu, „czarnych", „żółtych" czy „białych". Wszystkich was pragnę uszczęśliwić, wszystkich mieć w Domu Moim. Ten jest najbliżej mnie, który w każdym człowieku (niezależnie od różnic) widzi brata, bowiem na braci sobie wzajem was przeznaczyłem. Dlatego nie ten, kto woła „Panie, Panie", a ludziom złorzeczy, krzywdzi ich, poniża, segreguje i skłóca, lecz ten, który miłuje ich, chociażby nigdy o Mnie nie słyszał, jest prawdziwie Synem Moim. Do niego przyznam się, a od obłudników odrzucę". („Pozwólcie ogarnąć się miłości")


Co do „przyprowadzenia do buddyzmu”; nie nazywałbym buddyzmu pogaństwem, ale oczywiście wszystko zależy od tego jak pogaństwo zdefiniujemy.


Mówię o „wrażliwości na cierpienie”, nie o cierpieniu.


Jeśli „niewiedza zawiniona i niezawiniona jest tajemnicą Bożą” to dlaczego przywołujesz ten argument? Znasz tajemnice Boże? Zwróć natomiast uwagę, że nieświadomy grzech to był jeden z tych elementów religii mojżeszowej, który Chrystus jednoznacznie zanegował – patrz „Spór o tradycję” (Mt 15,1-20; Mk 7,1-13)
Zarzut popierania idei apokatastazy wynika z nieuważnego czytania. Przedstawiam tam tę koncepcję jako logiczną ewentualność, z której jednak, podając kluczowy argument (wyjątek), rezygnuję.
„Reszty nie chce mi się czytać...” - rozumiem, że najprzyjemniej czyta się wypowiedzi potwierdzające nasze własne poglądy. Jednak tylko w dialogu możliwy jest rozwój. Bez dialogu, rozwoju, sporu, stajemy się letni...

Włóczęga.


1. Uparte podnoszenie zarzutu apokatastazy zmusza mnie do przytoczenia obszernych fragmentów tekstu z podkreśleniami:

„W y d a j e   s i ę , że nie ma w Ewangeliach bezpośrednich podstaw do twierdzenia, iż miejsce „ciemności, płaczu i zgrzytania zębami" jest różne od miejsca, o którym Jezus mówi, że nie wyjdzie z niego dłużnik zanim nie odda całego długu co do grosza. A  j e d n a k, jeśli przyjrzeć się uważnie, to znajdziemy jeden wyjątek. Bardzo ważny. Otóż pewnego dnia Jezus powiedział, że wszystkie grzechy będą przebaczone, nawet grzech przeciwko Synowi Bożemu – jedynie grzech przeciwko Duchowi Świętemu nie będzie wybaczony. Co to oznacza? Otóż jeśli człowiek jest wolny tak za życia jak i po śmierci, to stając po śmierci przed obliczem Stwórcy, opromieniony Jego wszechwiedzą, może zobaczyć wszystkie swoje grzechy tak, jak widzi je Bóg. Jeśli nadal – posiadając ten wielki wgląd - jest wolny, to może albo poprosić Boga o wybaczenie oddając się całkowicie Jego Miłosierdziu, albo uznać, że grzechy jego są tak wielkie, iż w świetle sprawiedliwości nie zasługują na wybaczenie. To w istocie pyszne przedłożenie perspektywy sprawiedliwości nad perspektywę miłosierdzia, wybaczającego winy wbrew sprawiedliwości, oznacza, moim zdaniem, grzech przeciwko Duchowi Świętemu. Dusza zdaje się wtedy mówić: Nie wolno Ci, Ojcze, wybaczyć mi tych grzechów, gdyż są one większe ponad wszystko. „Ponad wszystko" oznacza w istocie „ponad Twoją miłość". (…) Tak więc odrzucając miłosierdzie i skazując się bezlitosnym wyrokiem na ogień piekielny, t r a c i m y   B o g a   n a   z a w s z e - a to jest istota wiecznego potępienia. W „Dialogu" św. Katarzyny Sieneńskiej znajdujemy słowa Boga, który mówi, iż w rzeczywistości dusze, przedkładając własny osąd nad Jego miłosierdzie, same rzucają się w ogień wiecznego potępienia.”

2. Jeśli nie widzisz, trudno, nie mogę zobaczyć ich za ciebie.

3. Nie powiedziałem, że buddyzm jest „drogą do prawdy”, lecz odniosłem się do „naprawdę przemyślanych argumentów i koncepcji buddyjskich”, a także zaakcentowałem wartość inspirującą buddyzmu „dla osób niewierzących”.

Mitochondrium stawia tezę, iż buddyzm nie ma nic wspólnego z miłością, gdyż ideałem buddyzmu jest wyrzeczenie się swojej indywidualności – a zatem buddyzm niewiele może zaoferować.

Ideałem buddysty nie jest wyrzeczenie się swojej indywidualności, lecz swojego fałszywego „ja”, fałszywego obrazu siebie. Buddyzm mahajaniczny twierdzi, że nie sposób tego dokonać nie rozwijając czterech duchowych intencji, którymi są: współczucie, miłość, radość i bezstronność. Intencje te definiowane są następująco: współczucie to pragnienie oddzielenia wszystkich istot od cierpienia i przyczyny cierpienia; miłość to pragnienie połączenia wszystkich istot ze szczęściem i przyczyną szczęścia; radość to cieszenie się szczęściem innych jak własnym; zaś bezstronność to obejmowanie współczuciem, miłością i radością zarówno przyjaciół, jak i wrogów, jak również ludzi nastawionych do nas obojętnie. Nie ma więc sprzeczności między miłością a buddyjskim dążeniem do wyrzeczenia się fałszywego „ja”, zbudowanego z dumy, zazdrości, żądzy, chciwości, głupoty i nienawiści.

Sodalitium Pianum zarzuca mi modernizm wytykając „kwiatki” sprzeczne z „założeniami chrześcijaństwa”:
 
Znów odsyłam do Deklaracji „Nostre aetate”. Nie twierdzę, że wszystkie religie są równe, ale wszyscy ludzie są dziećmi jednego Boga, a religie są wyrazem wrodzonej ludzkiej duchowości. Jeszcze jedno odwołanie do objawień prywatnych. W Medjugorie doszło kiedyś do cudownego uzdrowienia dziecka z rodziny prawosławnej. Pewien katolicki ksiądz był tym faktem zdumiony. W odpowiedzi na to zdumienie, „widzący” otrzymali wkrótce orędzie następującej treści:
„Powiedzcie temu księdzu, powiedzcie wszystkim, że to wy podzieliliście się na ziemi. Muzułmanie i prawosławni, podobnie jak katolicy, wszyscy są równi dla Mego Syna i dla Mnie. Wszyscy jesteście Moimi dziećmi. Oczywiście, że nie wszystkie religie są równe, ale wszyscy ludzie są równi wobec Boga, jak mówi święty Paweł. Nie wystarczy należeć do Kościoła katolickiego, by zostać zbawionym, trzeba przestrzegać przykazań Bożych i iść za głosem sumienia. Ci, którzy nie są katolikami, nie są przez to mniej istotami uczynionymi na obraz Boga i przeznaczonymi do osiągnięcia domu Ojca. Zbawienie ofiarowane jest wszystkim bez wyjątku. Potępieni są tylko ci, którzy odrzucają Boga dobrowolnie. Komu mniej danio, mniej się od niego wymaga. Komu więcej dano (to jest katolikom), od tego więcej będzie wymagane. Sam Bóg w swej nieskończonej sprawiedliwości, określa stopień odpowiedzialności i wydaje wyroki".

Buddysta nie ucieka w niebyt, ale w pełnię bytu, ponad małym, ciasnym, ograniczonym i fałszywym „ja". Ta pełnia nazywana jest Stanem Buddy. Zarzuty nihilizmu są więc mocno chybione, zwłaszcza wobec trzech zasadniczych aspektów buddyjskiej praktyki, którymi są: dyscyplina moralna, rozwijanie mądrości i medytacja (ćwiczenie mentalnego wyciszenia i wglądu).   

Nie wiem co myśli o moim eseju Redakcja. Zamieszczenie tego tekstu sprzed 10 lat na tej stronie jest dla mnie niespodzianką – bardzo miłą.

Natomiast odparcie zarzutu modernizmu wymagałoby napisania odrębnego tekstu (a właściwie opublikowania, gdyż napisany już jest). Mówiąc najkrócej modernizm był próbą zracjonalizowania teologii katolickiej i „uzgodnienia” jej ze światopoglądem naukowym. Jako taki był więc wyrazem mentalności racjonalnej. Negując wszelkie nadprzyrodzone elementy Objawienia chciał uwolnić chrześcijaństwo od zarzutów „zabobonu nieuków”, popularnego w różnych odmianach zwłaszcza w XIX wieku. Jednak myślenie racjonalne nie jest najwyższym poziomem rozwoju mentalnego. Na drodze tej wyróżnić może pięć kolejnych faz, powtarzających się zarówno na poziomie indywidualnym, jak i zbiorowym. Są nimi kolejno: myślenie magiczne, mityczne, racjonalne, egzystencjalne i mistyczne. Znajdziemy na to wiele dowodów zarówno w historii filozofii, jak i we współczesnych badaniach psychologicznych. Problem polega na tym, że Ewangelia napisana jest z poziomu mistycznego (wszak Ewangeliści byli świadkami życia i cudów Jezusa Chrystusa, a zasadą doświadczenia mistycznego jest właśnie bezpośredni kontakt z Bogiem), natomiast wyznawana jest z poziomu mitycznego, czasem nawet magicznego. Moderniści wylali dziecko z kąpielą atakując mityczne opancerzenie doktryny i kultu z pozycji racjonalnych, gdyż zanegowali też poziom mistyczny. Lecz, jak powiedziałem, jest to sprawa zbyt złożona, jak na to gabaryty tego tekstu. Mówiąc najkrócej; zarzut modernizmu stanowczo odrzucam.  

SIM przy pomocy wielu wykrzykników przestrzega przed moim tekstem ewentualnych czytelników, zarzucając mu nielogiczność i podważanie podstawowych dogmatów wiary:

Ależ spokojnie, ten tekst prezentuje paradoksy podważające wiarę chrześcijańską, a następnie krok po kroku zbija założenia, na których są one oparte. Proszę bez emocji przyjrzeć się sensowi poszczególnych stwierdzeń. Zgadzam się, że jest to mącenie w głowach zastygłych w dogmatycznej drzemce, ale robię to w słusznej sprawie. Pan Jezus nie stronił nigdy od logicznej argumentacji, nie bał się racjonalnego myślenia. Wręcz przeciwnie. Wysyłając uczniów z misją ewangelizacyjną powiedział: „Bądźcie czyści jak gołębie i roztropni jak węże”. Gdy zaś faryzeusze zarzucali Mu, że dokonuje cudów mocą Belzebuba, odpowiedział:„Pomyślcie logicznie: Jak może szatan wyrzucać szatana? Jeśli jakieś królestwo wewnętrznie jest skłócone, takie królestwo nie może się ostać. I jeśli dom wewnętrznie jest skłócony, to taki dom nie będzie mógł się ostać. Jeśli więc szatan powstał przeciw sobie i wewnętrznie jest skłócony, to nie może się ostać, lecz koniec z nim. Nie nikt nie może wejść do domu mocarza i sprzęt mu zagrabić, jeśli mocarza wpierw nie zwiąże, i wtedy dom jego ograbi". Oczywiście nie znajdziemy w tekście Ewangelii dwóch pierwszych słów, ale z kontekstu wynika, że one tam są.

Na koniec pozostaje mi podziękować Mirmiłowi za dobre słowo i stwierdzić, że ja inaczej jednak pojmuję sens Pawłowego „Hymnu do miłości”. W Dialogu św. Katarzyny Sieneńskiej (który osobiście uważam za niedoceniane arcydzieło mistyki chrześcijańskiej), powtarza się kilkakrotnie stwierdzenie, które usłyszała od Stwórcy: „Nie można kochać Boga, którego się nie widzi, jeśli nie kocha się bliźniego, którego się widzi”. Zauważmy, że także w przypowieści o Sądzie Ostatecznym Chrystus mówi, iż miarą miłości do Boga jest miłość do bliźniego, dostrzeganie Chrystusa w każdym człowieku, gdyż poprzez Wcielenie zbratał się z ludzką rodziną. Matka Teresa z Kalkuty była znakiem takiej miłości w naszych czasach. Podobnie Jan Paweł II, który jako pierwszy papież modlił się w synagodze, w meczecie, odwiedzał w Azji mistrzów buddyjskich, zapraszał ludzi wszystkich wyznań i ras do Asyżu na wspólną modlitwę o pokój, wyciągał rękę do niewierzących, głosił, iż drogą Kościoła jest człowiek i obrona jego praw. Nigdy nie zapominał, że szabat jest dla człowieka, nie człowiek dla szabatu.

 

Jarosław Moser