Dotychczas Polska nie dysponowała podobną bronią.
Informację z MON przekazał „DGP” Jan Christian Feuerbach, wicedyrektor ds. sprzedaży w niemieckiej firmie ThyssenKrupp Marine Systems.
Nad zakupem takich właśnie okrętów zastanawia się polskie wojsko. Mają być wyposażone w pociski manewrujące. Miałyby one stać się częścią systemu odstraszającego potencjalnych agresorów.
Te doniesienia potwierdził w czwartek w Polskim Radiu szef resortu obrony Tomasz Siemoniak.
Pociski Tomahawk mają zasięg nawet 1000 km, dletgo jeżeli wyposażone w nie okręty stacjonowałyby na Bałtyku, w ich zasięgu znalazłaby się m.in. cała Białoruś i duża część europejskiej części Rosji.
Oczywiście nie jest to broń tania, każdy pocisk to koszt ok. 1,5–1,9 mln dolarów. Dlatego są używane głównie do niszczenia szczególnie ważnych celów: wrogich okrętów, centrów łączności czy dowodzenia itp.
Zgodę na sprzedaż muszą wyrazić amerykańskie władze. Wprowadzenie na wyposażenie armii okrętów podwodnych, z których pociski miałyby być wystrzeliwane potrwa kilkanaście lat.
– Maszyny powinniśmy pozyskać do 2030 roku. Taki długi czas oczekiwania spowodowany jest wieloma skomplikowanymi czynnościami, jak również samym okresem produkcji okrętów – tłumaczył w radiowej Jedynce Tomasz Siemoniak.
Sab/Dziennik Gazeta Prawna, IAR
