Tuż po tragedii na słowa o zamachu reagowałem wzruszeniem ramion i energicznym pukaniem się w głowę. Zamach? Jaki zamach? Po co zamach? Kto mógłby chcieć zabić prezydenta, który nie miał praktycznie żadnych szans na reelekcję w zbliżających się wyborach? W dodatku w tak spektakularny sposób, wraz z prawie setką ludzi. Gdyby te wybory wygrał to co innego, na początku kadencji usunięcie go miałoby sens. Ale na końcu? Nie, to nie miało dla mnie najmniejszego sensu. Potem uświadomiłem sobie, że wcale nie musiało chodzić o Lecha Kaczyńskiego i dopuściłem do siebie myśl, że za tragedią, która wstrząsnęła każdym niemalże Polakiem stali Rosjanie, że nie śmierć jednego człowieka była ich celem, ale rzucenie na kolana całego narodu pozbawionego w jednej chwili całej niemalże swojej elity. Słaba, skłócona Polska bez silnego przywództwa i praktycznie pozbawiona armii (bo co to za armia bez doświadczonych dowódców?) to dla Rosji gratka jaką pogardzić nie sposób. Zwłaszcza Polska rządzona przez nieudaczników – czego dowodem jest umowa gazowa wynegocjowana przez Waldemara Pawlaka i odtrąbiona jako wielki sukces, na mocy której kupujemy od Rosjan gaz za najwyższą w Europie cenę. Faktycznie sukces, jednakowoż korki od szampana wystrzelić powinny raczej na Kremlu a nie w siedzibie polskiej rady ministrów.
Potem zastanowiłem się jeszcze raz i doszedłem do wniosku, ponownie, że tak naprawdę Rosjanom odstrzelenie Tupolewa było tak samo potrzebne jak musztarda po obiedzie. Rząd nieudaczników Donalda Tuska już przecież od trzech prawie lat zajmował miejsca przy korycie, rzeczona umowa gazowa dawno była podpisana a polska armia – z generałami czy też bez nich – i tak rosyjskiej mogła co najwyżej siniaka nabić i to tylko przypadkiem. Więc o co chodzi? Po co? Ano po to by zacieśnić „więzy przyjaźni” łączące Kreml z Platformą Obywatelską. Tak, właśnie z Platformą, nie z Polską przecież. I właściwie to nie „więzy przyjaźni” a „więzy poddaństwa”. Czołowi politycy rządzącej w naszym kraju partii łaszą się do potężniejszych sąsiadów ze wschodu i zachodu jak pieski, które czują zapach mięsiwa stojącego na stole i jak owe pieski za ochłap tak oni za dobre słowo są w stanie sprzedać własne dusze, że o narodzie i kraju nie wspomnę. Czy pomysł zamachu mógł się zrodzić w ich głowach? Czy chęć przypodobania się Putinowi, któremu „ten mały człowiek” jak wielu mówiło o Lechu Kaczyńskim był drzazgą w oku (zwłaszcza po wydarzeniach w Gruzji) mogła doprowadzić do powstania spisku, w wyniku którego w rozbitym pod Smoleńskiem samolocie zginęło dziewięćdziesięciu sześciu najwybitniejszych Polaków? Wiele wskazuje na to, że tak.
Śmierć generała Sławomira Petelickiego, ostro krytykującego komisję Jerzego Millera i smoleńskie śledztwo wstrząsnęła mną i kazała mi zastanowić się czy to aby na pewno na Kremlu zainicjowano ciąg zdarzeń, który doprowadził do katastrofy TU 154M 10 kwietnia 2010 roku a samobójstwo chorążego Remigiusza Musia stało się kroplą, która przelała czarę. Dlaczego kilka dni czekano z sekcją zwłok? Czyżby chodziło o to, że w ciałach tych dwóch żołnierzy znajdowały się jakieś substancje, które musiały najpierw „wywietrzeć”? Z reguły w przypadkach tak spektakularnych NATYCHMIAST uruchamia się wszystkie procedury mające na celu wyjaśnić ich przyczyny, stawia się ludzi na nogi i działa OD RAZU. A tu nic, mamy czas, po co się spieszyć. No właśnie, po co, skoro się wie co było prawdziwą przyczyną śmierci a całe śledztwo ma być prowadzone „pod publikę”, ma być spektaklem dla ciemnego luda by uwierzył, że państwo zdało egzamin. Jeżeli teraz jeszcze okaże się, że MON faktycznie próbował zakazać ekspertom przekazania swoim przełożonym wyników badania próbek pobranych z wraku to moje wątpliwości, których jeszcze bardzo minimalną ilość posiadam, znikną jak sen jaki złoty. Bo czemu ten zakaz miałby służyć jak nie zamieceniu całej sprawy pod dywan? Żadnych wybuchów przecież nie było, pilot (albo sam Lech Kaczyński) na rozkaz generała Błasika walnął w pięćdziesięciometrową, pancerną brzozę i rozwalił samolot...
A teraz do tego wszystkiego dochodzi oświadczenie redakcji „Rzeczpospolitej” o pomyłce w swoim porannym artykule: „Pomyliliśmy się pisząc dziś o trotylu i nitroglicerynie. To mogły być te składniki, ale nie musiały” i dalej: „Wiemy natomiast, że na wraku odkryto coś, co może być śladem materiałów wybuchowych. To jest pewne”. Zastanawiam się, czy na to oświadczenie miały wpływ te same czynniki, które chciały zamknąć usta ekspertom kryminalistycznym z CLK? Raczej się tego w najbliższym czasie nie dowiemy. Całkiem zresztą możliwe, że nie dowiemy się wcale. W mojej głowie rodzi się natomiast pytanie: kogo w najbliższym czasie dopadnie pod osłoną nocy „seryjny samobójca”?
Cóż, wychodzi na to, że państwo naprawdę zdało egzamin. Bardzo chciałbym się mylić, jest we mnie jeszcze cień nadziei, że zwariowałem a to wszystko co się dzieje wokół to wizja chorego umysłu. Nadziei bardzo płonnej, tłamszonej pewnością o zdanym egzaminie. Egzaminie z podłości, zdrady i kłamstwa.
Alexander Degrejt
