„Mój tydzień z Marilyn” jest filmem, który musiał rozzłościć filmowców, chcących opowiedzieć o całym tragicznym życiu bogini Hollywood. Oparta na podstawie dwóch wspomnieniowych książek Colina Clarka, pisarza i dokumentalisty, który opisał w nich swój romans z aktorką na planie filmu Laurence’a Oliviera „Książę i aktoreczka” z 1957 r. jest doskonałą opowieścią o życiu wielkiej gwiazdy. Mimo, że film skupia się na kilku tygodniowej relacji 23 letniego dziecka angielskiej arystokracji, który pragnie zaistnieć w przemyśle filmowym z największą ówczesną gwiazdą kina, to w perfekcyjny sposób odsłania on tragiczne losy Marilyn i jej skomplikowane życie. Można nawet postawić tezę, że niepotrzebny jest już żaden film o Marilyn. Zresztą chyba nikt nie wyobraża sobie by zagrał ją ktokolwiek inny niż wielkie odkrycie- Michele Williams.
Bez wątpienia film ma swoją siłę dzięki kreacji młodej aktorki, która, gdyby nie legenda kina Meryl Streep, zgarnęłaby Oscara za swoją rolę. Jej Marilyn jest zagubioną w wielkim świecie filmu prostą dziewczyną, która nie miała nigdy normalnej rodziny i jest bez przerwy traktowana przez mężczyzn jak maskotka. Gwiazda nie pragnie niczego innego jak wyrwania się z szufladki z napisem: Marilyn. Chodzi zarówno o jej zawodowe jak i prywatne życie.

Dlatego też aktorka decyduje się by zagrać u boku samego sir. Lawrence Olivera, korzystając ze słynnej metody Stanisławskiego, która dzięki Marlonowi Brando zmieniła na zawsze Hollywood. Fatalna relacja dystyngowanego brytyjskiego aktora ( znakomity Kenneth Branagh), który gardzi szkołą aktorką Eli Kazana i „blondyneczki”, która za wszelką cenę chce wejść na półkę zarezerwowaną dla uczniów Lee Strasberga, zostaje w bardzo ciekawy sposób wpisana w psychikę aktorów pochodzących z tak różnych środowisk. Ba, mamy na ekranie prawdziwą wojnę starej szkoły aktorskiej, która została zmieciona przez aktorskie tsunami z Nowego Jorku. Kilka scen z filmu znakomicie koresponduje m.in z tym, co pisał o wpływie metody Stanisławskiego, która polegała na zerwaniu z klasycznym odgrywaniem scen i zmuszeniem aktora do identyfikacji z rolą ( najlepiej ją przez lata stosował Robert de Niro), w swoich wspomnieniach sam Brando. Jest to jednak poboczny smaczek filmu Simona Curtisa, który może być odpowiednio odczytany przez kinomanów. Najważniejsza w jego filmie jest sama Marilyn. Zgadzam się więc z recenzentem „Polityki”, który zauważył, że dzięki Michelle Williams „tę banalną historię uwiedzenia ogląda się z wypiekami na twarzy. Mit Monroe nie został tu odbrązowiony – przeciwnie, jest to hołd złożony jej zjawiskowej osobowości i magii, której wszyscy ulegali, a także rzecz o terapeutycznej roli sztuki”. Dzięki kreacji Williams można zrozumieć każdego ( również JFK), kto ulegał czarowi tej infantylnej, ale zagubionej kobiety.
"Mój tydzień z Marilyn” jest filmem magicznym, inteligentnym i ciepłym. Na dodatek dzięki tej historii możemy przyjrzeć się realizacji jednej z najsłynniejszych komedii wszechczasów, dzięki której Marilyn przeszła do legendy kina. Dziełko Curtisa nie jest jednak jedynie filmową opowieścią o kulisach powstawiania filmu. Nie zgadzam się z recenzentem, który napisał, że nie musi patrzeć na aktorów wcielających się w Marilyn i Olivera, skoro może mieć oryginały. Oryginały nie pokażą rozterek aktorów, którzy mieli tak ogromny wpływ na kinematografię. Na dodatek zagranie tak charyzmatycznych postaci jak bohaterowie omawianego filmu jest neizwykle trudnym zadaniem. Warto zobaczyć więc aktorski festiwal obsady filmu. Curti zdołał nie tylko pokazać wnętrze ikony amerykańskiego kina, ale również obnażył przemiany kulturowe w świecie filmu w latach 50- tych ubiegłego wieku. Dzięki Williams, Branaghowi czy Judi Dench (znów smakowity epizod) możemy przenieść się w utracony świat, w którym voyeryzm miał jeszcze magiczny wymiar.
Łukasz Adamski

