„Miej miłosierdzie nad nami” – te słowa cisną się na usta, gdy dochodzą do nas takie informacje. Boże Miłosierdzie jest bowiem potrzebne w takich sytuacjach szczególnie mocno. Tylko ono może uratować dobre imię ludzi Kościoła i tylko ono może sprawić, że z tego zła zrodzi się dobro. Ale żeby tak było, konieczna jest - poza modlitwą - także odwaga nazywania rzeczy po imieniu. Niechowanie głowy w piasek i walka o sprawiedliwość, którą zawsze musi poprzedzać miłosierdzie.

 

I

Zacznijmy zatem od tego, co tak naprawdę się wydarzyło. Od wielu miesięcy Kościół hierarchiczny, także ustami papieża, deklarował odwagę stanięcia w prawdzie, rozliczenia ludzi, którzy krzywdzili najsłabszych, którzy łamali jasne katolickie nauczanie moralne, ale także tych, którzy ich przez lata kryli. Te słowa wielokrotnie cytowałem i wielokrotnie się z nich cieszyłem. Tyle, że w obliczu decyzji (nie wyjaśnionej i niejasnej) Kongregacji ds. Biskupów, słowa te tracą znaczenie. Stają się pustymi deklaracjami, za którymi nie tylko nie idą działania, ale które wręcz zostają sfalsyfikowane.

I choć oczywiście za decyzję tę nie należy winić Benedykta XVI (coraz mocniej z różnych miejsc słychać, że nie jest on w stanie znaleźć w Kurii Rzymskiej odpowiedniej ilości ludzi, którzy podzielaliby jego wizję Kościoła), to trzeba powiedzieć całkowicie jasno: jeśli ktoś w Kurii Rzymskiej chciał skompromitować papieża, jeśli chciał poddać w wątpliwość wiarygodność Stolicy Apostolskiej – to mu się to udało. Teraz – nie tylko w Polsce – o wiele trudniej będzie przyjmować przeprosiny czy wyrazy żalu za działania ludzi Kościoła. A wrogowie katolicyzmu dostaną broń do ręki, która pozwoli im – nie bez racji – mówić o hipokryzji, o podwójnych standardach i o pustosłowiu. I całe zaangażowanie Kościoła (a ono przecież jest) zostanie przesłonięte jedną decyzją, którą wydano tylko po to, by kolega (a watykańskie powiązania, o których napisała „Gazeta Wyborcza”, są realne) poczuł się lepiej.

Od dzisiaj wszystkie (idę o zakład, że tak będzie) media zachodnie będą mówiły tylko o tym. A piętnowaniu Stolicy Apostolskiej nie będzie końca. Najmniejszego znaczenia nie będzie miał zaś przy tym fakt, że decyzja prawnie może nie być wcale tak znacząca, że podjął ją odchodzący prefekt, i że papież mógł nawet o niej nie wiedzieć. Takie „drobiazgi” nie będą miały bowiem znaczenia dla dziennikarzy, ale i dla zwykłych ludzi, którzy jedno słyszą, a drugie widzą. Ilu z nich odejdzie, ilu straci wiarę? Tak, wiem, że jak się wierzy naprawdę to się nie odchodzi, ale jest sporo osób, które wciąż są na granicy, wciąż się wahają i o nich też trzeba się troszczyć. To są pytania całkowicie realne.

 

II

Skutki tych decyzji odczujemy jednak także w Polsce. Ci, którzy przygotowywali najnowsze postanowienie, którzy doprowadzili do tego, że afera w ogóle wybuchła (a warto przypomnieć, że o sprawie tej wiedział, zanim do niej doszło, nie tylko nuncjusz – obecnie Prymas – ale również ówczesny Prymas, który – jak sam przyznał w wywiadzie dla „Newsweeka” - czekał, jak to się rozwinie, i wielu innych biskupów), powinni mieć świadomość, że to kolejna z całego cyklu działań i wypowiedzi, która może wprowadzić Polskę na drogę Irlandii czy Hiszpanii. Spadek powołań kapłańskich już widać, i nie ma co za niego winić mediów, trzeba szukać przyczyn w życiu wewnętrznym i w braku odwagi świadectwa. Dostrzegalny jest także spadek praktyk wśród ludzi młodych i ich stopniowe odchodzenie od Kościoła.

I choć można się cieszyć, że na razie idzie to wszystko dość powoli, nie ma co ukrywać, że decyzje takie jak ta Kongregacji ds. Biskupów, mogą ten proces zdecydowanie przyspieszyć. Tak było w Irlandii, która na drogę przyspieszonej laicyzacji wkroczyła właśnie dlatego, że nie rozliczano w niej skandali seksualnych i skupiano się na zadowoleniu biskupów, a nie na sprawiedliwości czy trosce o wiernych (także duchownych, którzy byli ofiarami niegodnej, niewielkiej części hierarchów). Czy rzeczywiście chodzi o to, by Polska także wkroczyła na tę drogę? Czy komuś zależy na tym, żeby polskie świątynie były puste? A może ktoś jest tak zajęty przysługami dla kolegów, że o takie drobiazgi jak dobro wspólnoty nie ma już czasu się zatroszczyć?

 

III

Nie ma też co ukrywać, że taki koniec niniejszej sprawy jest ściśle powiązany z tym, w jaki sposób ją rozpoczęto i jak nigdy nie doprowadzono do końca. Nikt nigdy nie powiedział jasno, czy arcybiskup był czy nie był winien zarzucanych mu czynów, nie było nigdy jasnych przeprosin, a zamiast tego była nieustająca obecność w sferze publicznej byłego metropolity poznańskiego.

Nie wyciągnięto również konsekwencji wobec osób, które przez wiele miesięcy uniemożliwiały załatwienie sprawy, które blokowały dostęp Ojca świętego do informacji o sytuacji w archidiecezji poznańskiej. A nawet mocniej: osoby te pełnią obecnie najważniejsze funkcje w polskim Kościele. Trudno się zatem dziwić, że nie robią – dokładnie tak jak wówczas – nic, by zapobiec kolejnemu skandalowi. I że działają dokładnie tak jak wcześniej, próbując tuszować i topiąc sprawę w bagnie wątpliwości, udając, że nic się nie stało. I że wszystkiemu winne są media, które wtykają nos w nie swoje sprawy.

Takie działanie nie tylko pozbawia wiarygodności i sprawia, że słabnie autorytet Kościoła, ale przede wszystkim realnie krzywdzi ofiary arcybiskupa. Młodzi księża (a niekiedy świeccy, bo część z molestowanych kleryków została wyrzucona z seminarium, po tym jak zdecydowała się opowiedzieć o swojej sytuacji) otrzymują jasne świadectwo tego, że sprawiedliwość w relacjach z hierarchą nie istnieję, i że pod maską miłosierdzia (najmocniejszym tego dowodem jest wypowiedź ks. Adama Bonieckiego, który wspomina o konieczności radości z nawróconego grzesznika, nie mówiąc jednak nic o tym, że owego nawrócenia, czy choćby przyznania się do winy – nie było) przemyca się relatywizm moralny, który z chrześcijaństwem, miłosierdziem i wiarą niewiele ma wspólnego. I nie ma co udawać, że dla nich nie jest to jasne przesłanie. Szczególnie dla tych, którzy byli ofiarami i którzy słyszą, jak wielkim cierpieniem dla sprawcy jest to, że nie może głosić kazań czy być głównym celebransem (co jest zresztą istotą kary).

 

IV

Ale są też znaki nadziei. Nadzieją napełnia postawa arcybiskupa Stanisława Gądeckiego, który od wielu tygodni próbował nie dopuścić do tego, by ogłosić dekret. Jego odwaga daje nadzieję na to, że decyzja ta może zostać odwrócona. Aby tak się jednak stało, konieczne jest działanie świeckich i duchownych. Różaniec, post, modlitwa i świadectwo solidarności z księdzem arcybiskupem Stanisławem Gądeckim – wydaje się być teraz obowiązkiem katolika. Trzeba nam modlić się i działać wspólnie o to, by zło, jakim jest ów dekret, przemieniło się w jakieś dobro, by sprawa została wyjaśniona i wreszcie zakończona, a nie zamieciona pod dywan. Modlitwa ta może pomóc Kościołowi, może pomóc Ojcu Świętemu.

Gdy wybuchła sprawa arcybiskupa Paetza, wywołała ona współdziałanie różnych środowisk katolickich: od modernistów do tradycjonalistów. I podobnie powinno być teraz. Trzeba wspólnie działać. Mimo wszystko!

Tomasz P. Terlikowski

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »