Wojna o życie toczy się w ciszy. Pod budynkiem Planned Parenthood (już po tym, jak jest wielki widać potęgę tej organizacji) stoją ludzie. I modlą się na różańcach, niekiedy śpiewają pieśni czy grają na modlitewnych rogach. Wielu ma łzy w oczach. Jesteśmy tam my – trzech mężczyzn (w tym dwóch duchownych) z Polski. Czterdziestoletnia kobieta tłumaczy, że jest tam, bo kiedyś nie zgodziła się na aborcję, której chciał jej mąż i teraz cieszy się dzieckiem. On zresztą też. Małżeństwo po siedemdziesiątce po prostu w ciszy się modli. Kilkunastoletnie dziewczęta płaczą po modlitwie. Chłopcy stoją w ciszy i zwyczajnie się modlą. Część z nich przywożona jest szkolnymi autobusami z katolickich szkół. Ale widać po nich, że do tej modlitwy nikt ich nie zmuszał. I że oni zwyczajnie chcą się modlić o życie, że wiedzą, że od ich modlitwy zależeć może życie konkretnych dzieci.

 

Po drugiej stronie też stoją normalni ludzie. Starszy mężczyzna we flanelowej koszuli, w kapeluszu z bordowym kwiatkiem, dwie roześmiane, młode murzynki. Oni także potrzebują naszej modlitwy. Są zwiedzeni, błądzą i służą śmierci, która spotyka w tej klinice siedemdziesiąt dzieci tygodniowo. Ale i oni, tak jak matki i ojcowie zabijanych dzieci potrzebują modlitewnego wsparcia.

 

Obok kliniki stoi też autobus, w którym matka w ciąży może otrzymać pomoc. Wykwalifikowani psycholodzy i prawnicy zrobią wszyscy, by uratować jej dziecko, by pomóc jej urządzić sobie nowe życie, by uchronić ją od traumy aborcji. Tygodniowo dzięki tej akcji ratowane jest przynajmniej jedno dziecko. I choć to kropla, to każde z nich jest światem, który darowują oni światu. A modlitwa trwa. Tylko Bóg wie, jakie będą jej skutki.

 

Tomasz P. Terlikowski

/

/

/

/

/