Prof. Klaus Bachmann: Nie mogę mówić w imieniu rządu niemieckiego, ale jestem pewien, że sam temat nie jest specjalnie nośny w RFN i dlatego rząd nie uważał dotąd za konieczne, aby się nim zajmować. Postulat, aby Polaków w Niemczech uważać za mniejszość, nie był też podnoszony przez poprzednie polskie rządy, także Marcinkiewicza, Kaczyńskiego. Przestrzegałbym jednak przed traktowaniem kwestii mniejszości w kategoriach quid pro quo: Niemcy powinni uprzywilejować Polaków w Niemczech, bo Niemcy w Polsce też mają przywileje. Stosowanie takiej zasady byłoby sprzeczne z niemieckim i polskim prawem konstytucyjnym i konwencjami ochrony mniejszości. Prawa mniejszości przysługują uznanym przez dane państwo mniejszościom z racji ich istnienia i uznania ich przez to państwo, a nie dlatego, że inne państwo w określony sposób traktuje swoich obywateli. W świetle tych konwencji państwa mają całkowicie wolną rękę, jakie grupy obywateli na swoim terytorium uznać za mniejszości narodowe, a jakie nie. To wynika z suwerenności państw. Ochrona mniejszości chroni więc tylko grupy, które składają się z obywateli danego państwa i przez to państwo są uznawane za mniejszość. Dlatego, przykładowo, Francja nie ma problemów z konwencjami dotyczącymi ochrony mniejszości, bo po prostu nie uznaje żadnej grupy za mniejszość.

Czy wszyscy Polacy mieszkający w Niemczech osiedlili się tam po II wojnie światowej?

Na pewno nie wszyscy. Z pewnością są w Niemczech – na przykład w tradycyjnych regionach przemysłowych, które przyciągały migrację zarobkową z Polski – także potomkowie Polaków, obywatele RFN, którzy czują jakąś więź z polską kulturą. Ale nie w tym rzecz: Tak czy owak, jest to wyłącznie (mówiąc w kategoriach prawa) decyzja rządu RFN (ewentualnie landów), kogo uznaje za mniejszość. Może uznać za taką również emigrantów powojennych – o ile mają niemieckie obywatelstwo.

Co Polacy uzyskaliby dzięki statusowi mniejszości narodowej?

Polacy niewiele by z tego mieli, natomiast skorzystałyby organizacje ich zrzeszające, bo mogłyby się powołać na status mniejszości i żądać dotacji (jak na przykład Serbołużyczanie). I tak korzystaliby na tym tylko obywatele niemieccy, bo obcokrajowcy nie mogą – w świetle Konwencji i prawa niemieckiego – liczyć na status mniejszości. A bardzo duża część niemieckiej Polonii to obywatele polscy, czym różnią się zasadniczo od niemieckiej mniejszości w Polsce, która składa się wyłącznie z obywateli polskich. Na pewno Polacy nie powinni liczyć na to, że dostaną podobne przywileje wyborcze, z jakich Niemcy korzystają w Polsce, bo to wymagałoby nie tylko przyznania im statusu mniejszości, ale też zmiany prawa wyborczego na poziomie federalnym i landowym. Trzeba sobie też zdać sprawę z faktu, że nawet analogiczne przywileje wyborcze, jak w Polsce, nie gwarantują Niemcom polskiego pochodzenia ani jednego mandatu w Bundestagu. Silna reprezentacja mniejszości niemieckiej w polskim Sejmie w latach 90-tych nie wynikała jedynie z tych przywilejów, lecz też z faktu, że mniejszość wtedy mieszkała zwarcie w jednym województwie i stanowiła tam znaczną część ludności. Równie liczni Ukraińcy (i Niemcy z województwa katowickiego) nie zdobyli takiej pozycji, choć prawo wyborcze dało im takie same możliwości.

Niektórzy Polacy mieszkający w Niemczech twierdzą, że brak statusu mniejszości skutkuje germanizacją Polaków. Jak Pan to skomentuje?

Zależy, co się przez to rozumie. Germanizacja kojarzy się w Polsce z polityką Prus wobec Polaków w drugiej połowie XIX wieku, albo nawet z polityka hitlerowską. Czegoś takiego obecnie oczywiście nie ma. Niewątpliwie przyznanie obywatelom niemieckim pochodzenia polskiego statusu mniejszości sprzyjałby utrzymaniu ich tożsamości narodowej – podobnie jak w przypadku Serbołużyczan. Ale z drugiej strony szkodziłoby też ich społecznej integracji. W Holandii taka polityka doprowadziła do powstania gett. Polityka RFN wobec Polaków, Turków, Włochów, Hiszpanów i innych, "nowych" mniejszości polega bardziej na integracji i asymilacji państwowej a nie na germanizacji w kategoriach narodowych. Na Śląsku Opolskim rodzice mogą się domagać dodatkowych lekcji języka niemieckiego jako ojczystego powołując się na to, że należą do mniejszości niemieckiej. W Niemczech polscy rodzice mogą robić to samo, z tą różnicą, że muszą się powołać na prawa obywatelskie a nie na prawa mniejszości narodowych. Skutek jest taki sam: Jeśli odpowiednia liczba rodziców domaga się nauki języka, to ją dostanie. W Polsce dostanie wtedy naukę z języku "ojczystym", w Niemczech w każdym. Jeśli znajdzie się odpowiednia liczba chętnych Portugalczyków, którzy chcą, aby ich dzieci uczyły się chińskiego – to dostaną oni lekcje chińskiego. W Polsce nie dostaną, bo chiński to nie język mniejszości.

Czy Cornelia Pieper, nowy pełnomocnik rządu do spraw polskich i Guido Westerwelle, nowy szef MSZ, mają odmienny pogląd na sprawę przyznania statusu mniejszości narodowych Polakom, niż chadecy?

Nie wiem. Nie sądzę, aby była to sprawa, w stosunku do której oni w ogóle mają wyrobione poglądy.

Czy jednak niemiecka koncepcja mniejszości narodowej nie jest archaiczna we współczesnym świecie?

Zasadniczo, gdy chodzi o politykę wobec mniejszości i imigrantów, można odróżnić trzy podejścia: Koncepcja narodowa, która zmierza do asymilacji mniejszości i do tworzenia etnicznie jednolitego narodu; koncepcja, która obarcza państwo obowiązkiem tworzenia równych praw dla wszystkich grup mniejszościowych i koncepcja indywidualistyczna, która zostawia obywatelom wolny wybór, kim chcą być. Niemcy mieszają ostatni i przedostatni model: W stosunku do tradycyjnych mniejszości stosują drugą zasadę (podobnie jak Holandia robiła to w stosunku do wszystkich grup), w stosunku do imigrantów stosują zasadę obywatelską, podobnie jak Francja. Przez kilka dziesięcioleci holenderskie podejście uchodziło za najbardziej nowoczesne, bo sprzyjało utrzymaniu tożsamości imigrantów i mniejszości. Od 2002 roku ten model jest bardzo krytykowany w samej Holandii, bo sprzyja izolacji i tworzeniu gett i zwiększa dystans między większością i mniejszością. Od tego czasu eksperci holenderscy wskazują na to, że współczynniki integracji wyglądają lepiej we Francji i w Niemczech niż w Holandii a konflikty są rzadsze i mniej dramatyczne.

Rozmawiał Stefan Sękowski.

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »