„Pan minister sam pisze przemówienia. Wykorzystuje materiały, które dostarczają mu różne departamenty ministerstwa oraz różne osoby” – mówi w SE Marcin Bosacki, rzecznik resortu. Gazeta zauważa jednak, że mimo zatrudnionych na etatach fachowców resort wydaje fortunę na pisanie przemówień. „W 2011 roku MSZ przeznaczyło na ekspertyzy i konsultacje na rzecz kierownictwa resortu 190 920,4 zł brutto - poinformowało nas biuro prasowe urzędu. Zapytaliśmy także, ile kosztowała konsultacja słynnego berlińskiego przemówienia z byłym ambasadorem Wielkiej Brytanii w Polsce Charlesem Crawfordem. - Wszystkie tezy i retoryka to dzieło ministra. Przemówienie o takiej wadze było konsultowane z wieloma osobami: w MSZ, w polskim rządzie, a także ze specjalistami od przemówień, wersja angielska m.in. ze wspomnianym Crawfordem - informuje urząd i oświadcza, że ze względu m.in. na ochronę prywatności nie zdradzi, ile zapłacono byłemu brytyjskiemu dyplomacie”- czytamy w SE.
Radosław Sikorski został kiedyś nazwany kieszonkowym Talleyrandem. Jest to określenie dosyć trafne choć bardzo złośliwe. Karol Maurycy de Talleyrand był wybitnym ministrem spraw zagranicznych i największym zdrajcą Francji, który zbawił na Kongresie Wiedeńskim swój kraj. Pomimo swoich licznych zdolności i talentów „kulawy diabeł”, który służył Kościołowi (był biskupem!), Ludwikowi XVI, jakobinom, dyrektoriatowi, Bonapartemu i Ludwikowi XVIII, był również wielkim rozrzutnikiem. Gdy ubiegał się on stanowisko ministra spraw zagranicznych Francji, członek Dyrektoriatu Carnot krzyknął: „ Coo? Ministrem ma zostać ten klecha, ten cwaniaczek, który sprzeda nas wszystkich po kolei. Przecież on sprzedał przede wszystkim Boga!- Na co inny z dyrektorów krzyknął: „Bzdura! Pan Telleyrand nie mógł sprzedać Boga, gdyż nigdy w niego nie wierzył!”. Jednak to nie ta cecha charakteru („Moje poglądy zależą od pogody” - mawiał Francuz) jest chyba przeważającą u ministra Sikorskiego (choć pamiętamy go przy Kaczorach, których potem dożynał jak watahę). Trudno podejrzewać go również o geniusz dyplomatyczny. Pozostaje więc rozrzutność. Już kilka lat temu media informowały, że minister zamówił do swojej siedziby 500 krzeseł za 4 miliony złotych.
Innym razem „Fakt” informował, że minister rozpisał przetarg na bony towarowe dla pracowników resortu - na ponad 43 tysiące talonów za dwa miliony złotych. Ja oczywiście rozumiem, że państwo nie może być dziadowskie i goście ministerstwa muszą wygodnie siedzieć a przemówienia muszą dopracowywać najdrożsi eksperci. Jednak ten sam rząd, który wydaje miliony na krzesła, nie kupił nowych samolotów, co wiadomo jak się skończyło. W końcu nawet prezydent Bronisław Komorowski lata do Chin Embraerem. Dzięki temu musi kilka razy lądować w Rosji.
Szkoda, że minister Sikorski wychodzi z przysłowiowej kieszeni tylko w przypadku wydatków na luksusy. Dobrze by było, gdyby nauczył się przy okazji sztuczek ministra spraw zagranicznych Francji, który mawiał, że: „Jest broń straszniejsza niż oszczerstwo: to prawda”. Polska by na tym z pewnością zyskała.
Łukasz Adamski

