Jak Marianna Popiełuszko przeżywała historię swojego syna – od chwili jego śmierci i procesu państwowego, aż do procesu beatyfikacyjnego?
Najważniejsze jest chyba to, że przebaczyła mordercom. To myślę, że jest kluczowe. "Przebaczam mordercom i jedyne czego bym chciała to żeby mordercy się nawrócili". Ona rzeczywiście za nich się modliła, chciała tego ich nawrócenia, nie osądzała, nie oceniała i potrafiła z wielką mądrością powiedzieć, że oni przecież uderzyli w cały Kościół, a nie w jej syna. Była prostą kobietą, ale równocześnie mądrą.
Przeżywała to wszystko z głęboką wiarą, jej zawierzenie było silniejsze niż wszystkich teologów, profesorów razem wziętych. Miała tak silną wiarę, że pozwoliła ona jej przetrwać po tym jak musiała identyfikować swojego syna w prosektorium w Białymstoku. Widziała, tak jak Maryja, zmasakrowane, torturowane, nagie martwe ciało syna i potrafiła to przeżyć, ale też oddać to Panu Bogu. To ją trzymało przez całe życie. Ona zresztą o tym mówiła, że te paciorki różańca które przeplata codziennie pozwalają jej oddać to cierpienie przez Maryję Chrystusowi.

Była też bardzo ludzka i kobieca, miała niesamowite poczucie humoru. Gdy się ją pytało ile ma lat odpowiadała, że tyle co zim, z właściwa sobie kobiecą radością życia, z uśmiechem. Przywiązywała wagę do tego jakiego koloru ma być chusteczka na głowie, żeby była dobrana do spódnicy, żeby to pasowało wszystko. Kobieca, ludzka, a równocześnie głęboka, to wnętrze bardzo głębokie jakby po profesurze z teologii.
Czy zmarła w opinii świętości?
Myślę, że wielu ludzi jest o tym przekonanych. Dla mnie jest to kobieta święta, której wiara jest ewidentnie wiarą świętego. Po ludzku jest to trudny dzień, my się smucimy a ona myślę, że się cieszy, to dla niej jest dzień radości, ona czekała na to spotkanie ze swoim synem i dzisiaj w niebie, wierze w to, jest wielka uczta, że ks. Jerzy po nią wyszedł i przyjął swoją matkę. Są razem.
not. ToR
