Informacja o abdykacji Benedykta XVI to decyzja dla wszystkich zaskakująca – ponieważ niebywała w ciągu setek lat historii Kościoła. A jednak nie jest to decyzja bez precedensu - poprzednia taka decyzja Celestyna V w XIII nie oznaczała "końca świata". Chodzi więc o decyzję umieszczoną w porządku prawnym Kościoła, chociaż jako wyjście nadzwyczajne. Papież, podejmując tę decyzję, korzysta z pewnej możliwości, która jest przewidziana w prawie Kościoła. Powiedzmy sobie jasno – nie jest to gest o charakterze  emocjonalno-dramatycznym. Jest to skorzystanie przez papieża z pewnej możliwości - w sytuacji gdy uznał, że osobiście nie dostaje już siłami do brania odpowiedzialności za życie Kościoła w przepisanej mu jedności i wierności.

Skoro jest tak, to nasze zdziwienie przeradza się w naturalne pytanie – dlaczego papież z możliwości, która znajdowała się do tej pory poza naszą wyobraźnią, skorzystał. Tutaj jesteśmy zdani na pewne domysły, bo formuły użyte przez Ojca świętego w oświadczeniu są bardzo dyskretne, choć pełne treści. Wprost zostało tam powiedziane, że Papież  czuje wyczerpywanie się jego sił. Niepokoić może to, że Benedykt XVI mówi o wyczerpywaniu się sił nie tylko fizycznych, co oczywiście w tym wieku jest zupełnie zrozumiałe, ale także o wyczerpaniu sił ducha. Może być to sygnał, że dalsze sprawowanie urzędu byłoby dla papieża jakimś ciężarem, w jego przekonaniu przekraczającym jego aktualną zdolność panowania nad sytuacją. Nie chodzi więc tylko o „zwykłe”, chorobowe problemy.

Kard. Ratzinger był świadkiem słabnięcia i stopniowego odchodzenia od rządzenia w Kościele Jana Pawła II, jego wielkiego poprzednika. Mam wrażenie, że Benedykt XVI jest zdania, że Kościół na długo uzyskał wszystko, co najlepsze w lekcji publicznego umierania papieża i dziś nie potrzeba mu powtarzania tej lekcji, bo ona nie jest bez ceny. Istnieje cena, której my, obserwatorzy na odległość, nie widzimy, a która polega na tym, że jednak w pewnym momencie Kościołem przestaje rządzić człowiek zdolny do wykonywania pewnych decyzji, rządzenie zaczyna się przenosić na instytucje, w której różni ludzie promują różne, ważne dla nich sprawy, wykonują jakieś plany. Wchodzimy wtedy w jakieś złudzenie wykonywania prymatu Piotrowego przez osobę biskupa Rzymu, który w praktyce już tego nie robi. Benedykt XVI długo musiał sobie radzić z różnymi problemami, które narosły także w ostatnich latach pontyfikatu Jana Pawła II. Na dużym poziomie ogólności mówię o wszystkich kłopotach związanych z nadużyciami w Kościele. Nad niektórymi błogosławiony Jan Paweł II nie był już w stanie zapanować. Pewnie Benedykt XVI ma dużą świadomość tego, że te problemy nie ustały, wciąż jest dużo naprawdę trudnych spraw i potrzeba, aby Duch Święty zaczął się posługiwać kimś, kto będzie miał nowe siły, aby sobie z tym radzić.  

Postać Benedykta XVI od dawna kojarzy mi się z historią opowiedzianą w żywocie św. Benedykta: gdy sława świętości Benedykta rozchodziła się wśród ludzi, w pewnym zdezorganizowanym klasztorze mnisi pomyśleli, że dobrze by było mieć opatem takiego kogoś jak Benedykt. I wybrali go. Gdy tylko zaczął on rządzić klasztorem traktując go serio jako "szkołę służby Pańskiej", rozleniwionym mnichom odwidziało się; zaczęli kwękać, a w końcu próbowali go otruć. Wtedy Benedykt opuścił klasztor, zostawiając złym mnichom ich drogę do zguby, której mimo pomocy nie chcieli porzucić. Bywają bowiem takie sytuacje, w których odejście jest oznaką odpowiedzialności - i mocnym znakiem wezwania do nawrócenia. Wezwania zwłaszcza do tych, którzy wręcz z urzędu powinni być codziennie solidarni z Piotrem.

 

Not. Marta Brzezińska