Wczorajsza potężna manifestacja paryska przeciw ustawie o uznaniu „małżeństw” homoseksualnych to jeden z dobrych znaków jakiejś odmiany we Francji. Nieprzytomne – i groźne – pomysły rządzących tym krajem socjalistów spowodowały zbawienny wstrząs. Mówił mi o tym kilka tygodni temu obecny opat benedyktynów z Fontgombault, wskazując na dwa „dotąd niesłychane” fenomeny: po pierwsze – jednomyślność biskupów francuskich, ich poparcie dla sprzeciwu katolików wobec inwazji „kontrkultury śmierci” (rzecz niebywała, gdyż dotąd zawsze znajdowała się widoczna grupa biskupów przeciwna „niepotrzebnemu jątrzeniu”); po drugie – powstanie rodzaju koalicji wszystkich głównych religii Francji (muzułmanie, żydzi…), i to z tą myślą, że należy poprzeć w tej sprawie głos Kościoła katolickiego, uznawanego tu za głównego rzecznika prawa naturalnego.
Być może z perspektywy jakiegoś innego regionu czy kraju nie jest to wiele – ale jest to dużo, nie tylko z perspektywy zlaicyzowanej Francji. Jeśli chodzi o półmilionową manifestację – będzie to zapewne wyraźnie mniej niż np. w Hiszpanii (gdzie zdarzały się manifestacje pro life gromadzące ok. miliona), ale i niewyobrażalnie więcej niż np. w Polsce (gdzie zresztą ostatnia wielka manifestacja pro life była chyba w 1996 roku).
W każdym razie to, co dzieje się we Francji, to nie jest „wypadek przy pracy”, jakiś chwilowy eksces socjalistów, na który musi powstać chwilowa reakcja – po czym „wszystko wróci do (liberalnej) normy”. Jest to natomiast kolejny wielki przełom w postępie Rewolucji, zgodny z jej niszczycielską logiką – i powstaje pytanie czy okaże się to okazją, aby wreszcie otrzeźwieć i powiedzieć „dość” całej logice tej Rewolucji, a nie tylko najbardziej skrajnym jej przejawom. Tego życzę Francuzom, myśląc także o Polsce - pisze Milacarek.
Fot: WBUR Boston NPR Radio
JW
