Bijące dzwony wiejskiego kościoła w lesie wzdłuż południowo–kongijskiej granicy Sudanu zwykle wzywają na Mszę świętą. Obecnie oznajmiają również niebezpieczeństwo – ostrzegają mieszkańców przed siejącymi terror rebeliantami z Ugandy.

W odpowiedzi na serię ataków Armii Oporu Pana (AOP), mieszkańcy wsi utworzyli formację na kształt milicji, aby chronić ludność cywliną. Oddziały dorosłych mężczyzn, tak zwani Arrow Boys, uzbrojeni są w łuki, strzały, oszczepy i stare, zardzewiałe karabiny.

Powstanie tej organizacji odzwierciedla nieudolność rządów w powstrzymaniu sił zbrojnych.

- Oni (członkowie AOP) są tak samo czarni jak my, ale różnica jest taka, że oni mają broń i mundury, i przychodzą po to, żeby nas zabić – mówi 42-letni Simon Peter Gamana, który kieruje Arrow Boys w Riimenze, gdzie znajduje się, zbudowany kilkadziesiąt lat temu przez księży kombionanów, kościół. Kiedy dzwonią dzwony, mieszkańcy wioski wysyłają swoje dzieci do buszu, a mężczyźni szykują łuki i strzały do walki.

Choć pozornie bezbronni, Arrow Boys nie czują się w niekorzystnej sytuacji, ponieważ mają dogłębną wiedzę na temat otaczającej dżungli. We wrześniu zginęło tu pięciu żołnierzy AOP, bez żadnej straty AB – informował policję Gamana.

- Gdy weszli do Sudanu, w pierwszej kolejności wzięli nasze jedzenie. Potem wzięli ludność cywilną, w tym małe dzieci, i wcielili ich do swojej armii. Zorganizowaliśmy się więc, by bronić naszej społeczności. Nikt nie widzi, że dzieje się nam krzywda. My nie mamy żadnej mocy. Ludzie boją się wyjść na farmy po zbiory manioku, więc zaczęliśmy głodować. Złapaliśmy za broń i postanowiliśmy z tym walczyć – mówi Catholic News Service Gamana.

- To potężna siła dobra, a ci ludzie robią to z miłości, a nie dla pieniędzy – ocenia AB siostra Margaret, misjonarka, która przybyła do Afryki w ramach programu pomocy "Solidarność z południowym Sudanem".

- Mają oni naprawdę niewiele, tylko łuki i strzały. Jeśli mają kilka pistoletów, to zazwyczaj brak im pocisków. Spróbują zawrócić AOP do Konga. Nie pomoże to Kongijczykom, ale Sudanowi z pewnością – dodaje zakonnica.

Wiele osób z południowego Sudanu dobrze pamięta ataki AOP, która powstała 25 lat temu w północnej Ugandzie, w odpowiedzi na napięcia z rządem Kampali. Rząd Sudanu w Chartumie często wykorzystuje AOP jako milicję do zwalczania "południowców".

Prowadzona przez Josepha Kony armia szybko okryła się niechlubną sławą brutalności wobec swojego narodu, porwaniami chłopców, aby zrobić z nich żołnierzy, wykorzystywaniem seksualnym dziewczynek. Mimo, że w 2005 roku Kony został skazany przez Trybunał Karny za zbrodnie przeciw ludzkości, wciąż przebywa na wolności.

Jako miejsce ataków AOP często wybiera wiejskie zebrania religijne, dlatego zaprzestano ich organizowania.

- Większość kaplic wzdłuż granicy jest zamknięta. Doszliśmy do takiej sytuacji, w której skupianie ludzi na modlitwie, w pobliżu obszarów, gdzie grasuje AOP, jest wystawianiem ich na niebezpieczeństwo. Niektóre osoby zginęły właśnie w kościołach – mówi siostra Giovanna, włoska misjonarka.

- Kony i jego ludzie wciąż ukrywają się w lasach – mówi bp Eduardo Hiiboro Kussala. - Nikt ich stąd nie wyrzucił. Wciąż tu koczują uzbrojeni, i mają kontakt z ludźmi, którzy ich wspierają. Więc to się nie skończy – obawia się biskup. - Koniec nastąpi wtedy, kiedy oni opuszczą las i wrócą do swojego kraju. Do tego czasu będziemy żyć w strachu – dodaje duchowny.

Bp Hiiboro obawia się, że AOP szykuje zmasowane ataki na dzień styczniowego referendum w sprawie niepodległości, które, dla ważności, wymaga co najmniej 60 procentowej frekwencji. - Jeśli Kony zaatakuje, to kto się odważy przyjść głosować? Nikt, bo ludzie będą się bali. Wielu będzie rozczarowanych, a to rozczarowanie może się przerodzić w przemoc – obawia się biskup.

eMBe/CatholicNewsService

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »