Człowiek niewierzący wzruszy zapewne ramionami i – przeczytawszy mój wywód – popuka się palcem w czoło. Kto by się przejmował tymi kilkoma komórkami przechowywanymi gdzieś w jakimś laboratorium? Ot, trochę substancji biologicznej trzymanej w ekstremalnie niskiej temperaturze, która przy okazji generuje ogromne koszty. Forsy szkoda, lepiej by ją wydać na coś pożytecznego, jak choćby walkę z „globciem”, wprowadzenie powszechnego prawa do własnego brzucha, dystrybucję prezerwatyw pośród „zacofanych” ludów Czarnej Afryki czy skuteczne wymuszenie ścisłej integracji na naszym kontynencie...

 

Ja jednak wierzę w duszę, z którą każdy człowiek jest nierozerwalnie związany od pierwszych chwil swojego istnienia. Duszę, która po krótszym lub dłuższym pobycie na tym łez padole wyrywa się by wrócić do Stwórcy. Dlatego mniej przeraża mnie widok rozerwanego w wyniku aborcji dziecka niż widok sterylnego pomieszczenia z pojemnikami, w których przetrzymuje się ludzi – bo dla mnie są to ludzie – w najwcześniejszym etapie rozwoju. Szeol – to jedyne, co mi przychodzi na myśl. Zawieszenie pomiędzy śmiercią a życiem, a właściwie pomiędzy śmiercią a śmiercią, bo ogromna większość tych istot nigdy światła słonecznego nie zobaczy. Jedno jest tylko pewne – prędzej czy później zobaczą Boga. I na nic zdadzą się wysiłki współczesnych piewców lucyferiańskiej przyszłości – te dzieci w końcu do Boga trafią. A wszyscy ci, którzy usiłują im w tym przeszkodzić – o ile się nie nawrócą i nie zobaczą ogromu zła jakie wyrządzają najniewinniejszym z niewinnych – będą mogli tylko zapłakać gorzko nad swoją głupotą.

 

Alexander Degrejt