Cezary Michalski w „Dzienniku" (fragment):
- Rozmowa na zamku w Hradczanach ma lepsze i gorsze momenty. Są chwile, kiedy Klaus usiłuje być dyplomatą, są chwile, kiedy podobne wysiłki podejmuje Poettering, a nawet kontrowersyjny przywódca europejskich socjalistów Schulz. Ale kiedy do akcji wkracza "czerwony Dany", dyplomacja się kończy, zaczyna się zwykłe rewolucyjne chamstwo.
Cohn-Bendit nie widzi w Unii Europejskiej liberalnego związku wolnych obywateli i suwerennych państw. On w niej widzi wyłącznie narzędzie własnego ego, które pozwoli mu dograć stare partie, doprowadzić do końca rewolucje, które zawsze przegrywał. A przegrywał, bo nienawidził mieszczan i mieszczanie nienawidzili jego. A tak się niestety nieszczęśliwie dla Cohn-Bendita składa, że społeczeństwa Zachodniej Europy są właśnie mieszczańskie i lewacki radykał nie miał tam żadnych szans. Dlatego postanowił się wyżyć na Klausie, bo ten jest z "nowej Europy", zatem, jak się wydaje liderowi europejskich Zielonych, można sobie wobec niego pozwolić na zachowanie, w odpowiedzi na które politycy niemieccy, francuscy czy brytyjscy zrzuciliby Dany'ego ze schodów.
Ale Vaclav Klaus też nie jest pozytywnym bohaterem opowieści o liberalnej, zintegrowanej Europie, bo on zjednoczonej Europy nie znosi. Właśnie dlatego ujawnił swoje taśmy, żeby dodatkowo podstawić nogę integracji. Klaus faktycznie wspiera najbardziej ponurych eurosceptyków i jest przez nich wspierany. Ośmiela do blokowania traktatu lizbońskiego także Lecha Kaczyńskiego, choć na tym jego lojalność wobec polskiego prezydenta się kończy, bo do Putina jest mu zdecydowanie bliżej niż Kaczyńskiemu.
Na spostrzeżenia Michalskiego, na portalu „Rzeczpospolitej" odpowiada Piotr Semka (fragment):
No cóż akurat z tej rozmowy - wyniosłem wrażenie, że obrażany w swoim gabinecie Klaus broni swojej godności i prawa do zabierania głosu w kwestii sposobu integracji niż wdaje się z lubością w słowną bijatykę z adwersarzami.
Teoria, że jeden jest wart drugiego akurat do dyskusji na Hradzie nie pasuje. To raczej próbka arogancji grupy oficjeli z europarlamentu, którzy uważają, że mogą Klausa przywoływać do porządku koszarowym stylem, bo to oni decydują o kształcie Europy. I to jest akurat w kontekście tej rozmowy najbardziej szokujące.
Drogi Czarku! Krytykuj Klausa, gdy wyskoczy z jakimś swoim aroganckim wystąpieniem w Pradze czy Warszawie. Ale w tej rozmowie to on był obrażanym gospodarzem, a nie równorzędnym uczestnikiem słownej bijatyki. Klausa nie trzeba kochać, ale obrona jego prawa do swobodnego udziału w eurodyskusji nie jest kwestią sympatii, ale troski o standardy w naszym europejskim „szklanym pałacu".
Wojciech Wencel na swoim blogu w serwisie "Wprost.pl" (fragment):
Trzeba przyznać, że prezydent Czech do końca debaty zachował zimną krew. Zamiast wyrzucić impertynentów za drzwi, próbował im wytłumaczyć, że wartościami europejskimi są wolność, demokracja i poszanowanie dla obywateli państw członkowskich UE. Niestety, rozmówcy zdawali się nie pojmować jego klarownego wywodu.
Można się zastanawiać, czy jest różnica między awanturą wywołaną przez emisariuszy UE na terytorium niepodległych Czech a np. pijackim rajdem wózkami golfowymi po trawniku zagranicznego hotelu. Chyba tylko taka, że w pierwszym przypadku obraża się ludzi, a w drugim niszczy mienie.
Od czasu konfliktu w Gruzji Vaclav Klaus nie jest bohaterem mojej bajki. Jednak nie trzeba za kimś przepadać, by przyznać mu rację w sprawach tak elementarnych, jak zasady cywilizowanego porozumiewania się. Jeśli Cohn-Bendit i Pötering zechcą kiedyś w podobnym tonie instruować prezydenta Polski, mam nadzieję, że ten okaże się człowiekiem mniej cierpliwym niż jego czeski kolega. I wskaże impertynentom drzwi. Być może taki incydent jest potrzebny, by europejscy oficjele nauczyli się dobrych manier.
Oprac: Eliza Hartman
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

