I

Jakiś czas temu na Zamku Królewskim w Warszawie miała miejsce wystawa poświęcona Zakonowi Maltańskiemu, na którą udałem się wraz ze swoim dobrym przyjacielem. Przyłączamy się do jakiejś posuniętej już w latach wycieczki. Przewodnik rozwodzi się nad pewnym portretem polskiego kawalera maltańskiego z XVIII wieku, jednym z elementów jego garderoby są jedwabne pończochy. W pewnym momencie odwraca się w naszym kierunku starsza pani, robi zamaszysty gest i zaszczyca nas mało historyczną uwagą:

 – Piękne legginsy…

Wchodzimy do sali upozorowanej na pokój szpitalny: kilka łóżek, apteczki, fartuszki pielęgniarskie na łóżkach. Na ścianie oddzielającej dwie ekspozycje portrety sanitariuszek. Nie mogę oderwać wzroku od jednej pięknej twarzy o fantastycznie inteligentnym spojrzeniu. Podchodzę, czytam i doznaję uczucia kogoś, kto znajduje to, czego długo szukał, ale w najmniej oczekiwanym momencie i miejscu.

Renata Ostrowska była pielęgniarką w warszawskim Szpitalu Maltańskim i wśród wybuchających bomb niosła ratunek polskiemu żołnierzowi we wrześniu roku pamiętnego.

Skok w czasy emigracyjne. Stanisław Mackiewicz przygotowuje małe spotkanie z czytelnikami w polskiej kawiarni w Londynie, ale z zachowaniem – jak sam zechciał to określić – „nastroju salonu literackiego w emigracyjnym wydaniu”. Uświetnieniem spotkania byłaby dama, najlepiej o arystokratycznym nazwisku, która pełniłaby funkcję gospodyni domu, stwarzała intymną atmosferę. Padło na Renatę Ostrowską, która z zadania wywiązała się znakomicie. Mackiewicz, aby się zrewanżować, zaprosił ją do dobrej restauracji, jak doradziła mu to Jadwiga Dziewulska. Wraca ze spotkania wzburzony, biega po pokoju i widać, że lada chwila wybuchnie.

– Zgadnij tylko, co się stało? – zapytuje Dziewulską.

– Naprawdę nie mam pojęcia.

– To ja jej najpiękniejsze anegdoty, wyszukane komplementy, wreszcie butelkę wina, i to jakiego wina! A ona, ona…

– Cóż takiego strasznego mogła zrobić?

– Przy końcu kolacji zapytała: „Czy mógłby pan jutro rano zanieść mego pekińczyka do weterynarza?” Ro-zu-miesz?!

– Wszystko dlatego, że to było przedwojenne, zbyt mocne wino i uderzyło jej do głowy.

– Myślisz, że tylko dlatego?

Mackiewicz opuścił emigrację w roku 1956. Krzyknie ktoś: „Zdrada!”, inny znów: „Hańba!” – nie będę tutaj polemizować z tymi głębokimi analizami powrotu. Dość powiedzieć, że była to sprawa złożona. Względy natury politycznej nie grały roli wyłącznej, dostrzegać musimy także kwestie jak najbardziej przyziemne i osobiste – jak na przykład miłosne niepowodzenie.

W PRL powstaje książka na temat emigracji polskiej pt. „Zielone oczy”, którą będę się zajmował. W liście do Michała K. Pawlikowskiego Cat tłumaczył tytuł tym, że „Renata ma oczy tego koloru”. Szanuję to zdanie, bo zdaję sobie sprawę, że życie prywatne pisarza potrafi wpłynąć na jego pracę w sposób bardzo wyraźny.

Wolę jednak mniej słodką egzegezę.

Pomówmy o polityce.

II

Co to jest za książka, te „Zielone oczy”? – Są to „Lata nadziei”, tylko uzupełnione i rozszerzone. Zresztą tytuł jej pierwotnie miał brzmieć właśnie: „Lata nadziei. Edycja druga”.

Mackiewicz powtarzał swoje tezy na okrągło, podpierał je nowymi argumentami. Co jakiś czas usprawiedliwiał się, że pisze wciąż o tym samym nie z powodu braku pomysłu na felieton, ale dlatego, by prawdy oczywiste i konieczne wbić narodowi do głowy. Zdaje się jednak, że niewiele tym wskórał. W „Zielonych oczach” po raz kolejny powraca do polityki emigracji polskiej, którą – mówiąc kolokwialnie – wałkował w broszurach, artykułach i książkach wydawanych w Anglii. Z tą jednak różnicą, że „Lata nadziei” były pisane dla czytelnika na emigracji, „Zielone oczy” zaś – dla czytelnika krajowego.

Mamy więc tutaj powtórkę z krytyki przyjęcia przez rząd polski gwarancji brytyjskich, które miały nasz kraj od wojny nie uchronić, lecz jako pierwszy do tej wojny wciągnąć. Mamy kilka wspaniałych portretów: Churchilla, Pétaina, de Gaulle’a i ten liryczny a smutny portret Wieniawy, będący de facto portretem narodu. Generał Sikorski jest odsądzany od czci, jego polityka określana jest jako polityka zgubna, ale tego samego gen. Sikorskiego Mackiewicz nazywa… patriotą. Opowiada on anegdotę, jak to Sikorski przechadzał się z pewnym Polakiem mającym dość bliskie kontakty z rodziną królewską i w chwili zawahania, cały roztrzęsiony, łapie go za rękę ze słowami:

– Niech pan powie, ci Anglicy zdradzą nas, czy nie zdradzą?

Wypowiem sąd obrazoburczy, ale uważam, że ostatecznie wyraz „patriotyzm” nie ma wydźwięku ani dodatniego, ani pejoratywnego, tak samo jako nacjonalizm nie jest z definicji prawicowy czy lewicowy. Polacy bardzo ukochali określenia „patriota” i „zdrajca”, pierwszym określając walczących z bronią w ręku niezależnie od warunków, drugim – starających się szukać innych rozwiązań. Dlatego po dziś dzień czcimy konfederatów barskich i psioczymy na Stanisława Augusta, dlatego kochamy powstańców, a nienawidzimy Wielopolskiego. Ale można być gorącym patriotą i sprawę polską zaprzepaścić, tak jak można być powszechnie uważanym za zdrajcę, a swoje obowiązki patriotyczne realizować najlepiej jak można. Patriota chce dla swojego kraju jak najlepiej, lecz jeśli nie potrafi on pojąć rzeczywistych interesów państwa, to powinien być skazany raczej na infamię zamiast cieszyć się powszechnym uznaniem.

Tak na przykład wyobraźmy sobie patriotę polskiego, który stoi na czele państwa, dysponuje odpowiednimi prerogatywami i w swym uniesieniu wysyła dziś wojsko dla zajęcia Wilna. Człowieka tego należałoby raczej zamknąć w zakładzie psychiatrycznym niż rozczulać się nad jego miłością do ojczyzny.

Naród polski jest jednak odmiennego zdania.

Zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby, gdyby ten patriotyczny zapał zgasł, niż miałby być zgubą dla kraju, lecz od razu odrzucam tę potworną myśl i wstydzę się za nią. Wystarczy tylko, aby to płomienne uczucie dla kraju odpowiednio skanalizować i wykorzystać tam, gdzie wyda owoc piękny i pożyteczny. Co swoją drogą jest zadaniem arcytrudnym.

Sikorski i Mikołajczyk byli to ludzie o przeroście ambicji i to jest główny zarzut formułowany pod ich adresem. Obaj byli wielkimi patriotami polskimi i co do tego nie może być dyskusji.

III

5 lipca 1945 roku mocarstwa zachodnie cofają uznanie Rządowi Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźctwie. Jest to początek końca politycznej roli emigracji.

W chwili obecnej uczęszczam na seminarium „Teologii Politycznej”, gdzie dyskutujemy o czasach piastowskich. Na seminarium tym podzieliłem Piastów na tych, którzy starali się utrzymać państwo polskie jako podmiot stosunków międzynarodowych oraz na tych, którzy do odzyskania tej podmiotowości dążyli. Oczywiście pomijam tutaj całkowicie takich degeneratów jak Władysław Herman.

W czasie drugiej wojny światowej można mówić o próbach utrzymaniu podmiotowości, natomiast po 5 lipca 1945 r. szukano sposobów jej odzyskania. Oba zadania były karkołomne. Czy niewykonalne? – nie odpowiem na to pytanie. W każdym bądź razie, Mackiewicz opierając się konsekwentnie o „Zamek”, czyli środowisko Prezydenta Augusta Zaleskiego, zwalczając „Berg” i pełniąc funkcję premiera cały czas szukał tych sposobów odzyskania podmiotowości – czy chociaż jej strzępów – przez państwo polskie na wygnaniu.

Swoje urzędowanie jako premier i minister spraw zagranicznych Cat zechciał określić per „un travail raté”, czyli „spudłowane przedsięwzięcie”. Jeszcze redagując „Lwów i Wilno” przewidywał niepewnie a gorzko, że śmierć emigracji dokona się wśród zimnego porozumienia świata zachodniego i ZSRS. W artykule z początku premierostwa pt. „Primum non nocere”, mającym być czymś pomiędzy konferencją prasową a exposé pisał wprost, że mocarstwa zachodnie nie kiwną palcem w naszej obronie, nawet jeśli Sowieci chcieliby wywieźć milion Polaków na Sybir. W „Zielonych oczach” podsumował swoje urzędowanie: „Bywa tak, że kilku ludzi stara się otworzyć drzwi kluczem, który nie otwiera. Ty stoisz i gniewasz się: Dajcie mnie, to na pewno otworzę. Wreszcie dają ci ten klucz i ty stwierdzasz, że tak samo jesteś bezsilny jak inni”. W innym miejscu: „Polityka emigracji była beznadziejna i uczciwość nie pozwalała mi tego nie wiedzieć, nie przyznać, po to aby bawić się w premiera czy kandydata na premiera. Nie chciałem być lekarzem, który by stwierdził, że ma raka, i wmawiał sobie, że nie ma raka”.

W 1876 r. ukazała się powieść Juliusza Verne’a pt. „Michał Strogow. Kurier carski”. Oto wielki książę, zamknięty z wojskiem w Irkucku i zagrożony przez Tatarów pod wodzą Feofar-Khana, którzy rozlali się na terytorium imperium. Wskutek zerwania łączności z Irkuckiem Strogow udaje się z tajną misją dla ostrzeżenia wielkiego księcia przed zdradą, jednak dostaje się w ręce wroga i zostaje oślepiony. Ostatecznie Strogow w cudowny sposób wzrok odzyskuje i ratuje Rosję przed klęską.

Powieści rządzą się swoimi prawami, rzeczywistość – swoimi. W 1945 r. wydarto oczy legalnemu rządowi polskiemu i misja jego skazana była na niepowodzenie. Podobnie jak w książce Verne’a tylko cud mógł tutaj coś poradzić, ale marny to polityk, który założenia swoje opiera na cudach.

Mackiewicz wrócił do kraju i zaczął parać się przede wszystkim publicystyką historyczną. Obracał się jednocześnie w środowisku ks. Janusza Radziwiłła, który snuł plany powołania do życia chrześcijańsko-demokratycznej koncesjonowanej opozycji. Radziwiłł znał jednak temperament Cata i już w założeniach odsuwał go od jakiejkolwiek politycznej roboty.

Ostateczne rozczarowanie przyszło w 1964 r. wraz z konfliktem z władzą, kiedy przedstawiono mu zarzuty współpracy z „Kulturą” paryską i zaczęto przygotowywać się do procesu. Ostatnia korespondencja Cata do Giedroycia nosi tytuł: „Zapiski z kraju niewoli”.

IV

Nie mam problemów z nazwaniem Stanisława Mackiewicza najwybitniejszym publicystą polskim minionego stulecia. Grydzewski, kiedy dostawał jego artykuły miał dosłownie pluć na ścianę, wściekać się niemiłosiernie, jednocześnie chylił kark przed wielkim umysłem i genialnym piórem. Widać w tej anegdocie zarówno wielkość Grydzewskiego jako redaktora, ale przede wszystkim Mackiewicza jako publicysty. Czytali go wszyscy, mało kogo jednak przekonywał.

„Zbyt kocham swój kraj – pisał Cat – aby dbać o popularność”.

Dziś dopiero zaczynamy doceniać jego dorobek, choć opornych na jego argumenty nie brakuje.

Wszystkim się zdawało…

że Mackiewicz gra jeszcze, a to echo grało.

– miał powiedzieć na jednym z zebrań II Rady Narodowej, w której już Mackiewicza nie było, prof. Stroński, jeden z głównych jego oponentów. Wielką zasługą wydawnictwa „Universitas” jest bezsprzecznie, że echo to brzmi dziś znów donośnie.

Kogo jednak ten głos przekona? Czy kogoś w ogóle? Swoją recenzję „Lat nadziei” zatytułowałem w nawiązaniu do tytułu książki: „Matka, która nie lubi swych dzieci”. Mimo wszystko pozwalam sobie w tym miejscu wyrazić nadzieję, że historia zawarta na kartach dzieł Cata rzeczywiście okaże się w końcu nauczycielką życia.

V

Wypada wspomnieć jeszcze słowem o samej edycji.

Posłowie do „Zielonych oczu” napisał prof. Rafał Habielski. Muszę stwierdzić, że większość tomów bieżącej edycji książek Cata kuleje w tym względzie. Kiedy skończyłem pisać recenzję „Lat nadziei”, przeczytałem ją sobie jeszcze przed publikacją i stwierdziłem, że zamiast recenzji wyszła mi… polemika z prof. Sową, który pisał posłowie do tego tomu. Rzeczywiście, prócz bardzo nielicznych wyjątków nie da się tego czytać.

Uważam w dodatku, że pomysł komentarza powinien być rozwiązany inaczej. Jakiś czas temu miałem w rękach książkę będącą wznowieniem przedwojennej powieści. Redaktor odpowiedzialny za wydanie wpadł na genialny pomysł – opatrzył lekturę wstępem, w którym obok bardzo przydatnych informacji o autorze itd. zostało zamieszczone… streszczenie fabuły. Widocznie jest to jakiś nowy sposób, pomagający trzymać czytelnika w napięciu do ostatnich stron, którego ja nie jestem w stanie pojąć.

W przypadku edycji pism Mackiewicza komentarz mamy na końcu książki, ale tutaj powinien on jednak trafić na sam jej początek. Czytelnik przed przystąpieniem do lektury dowiedziałby się o jej genezie oraz o ówczesnej sytuacji autora, byłby w stanie wytłumaczyć sobie przez to wiele wątków, na które się natknie w czasie lektury. Jeszcze do niedawna nie zdawałem sobie sprawy, jak wiele aluzji do Renaty Ostrowskiej jest w tej czy innej książce Cata. Lecz żeby dostrzec takie smaczki trzeba najpierw rzucić ostrzejsze światło na wybrane okresy życia autora. Ponadto ciężko przebrnąć przez jakiekolwiek posłowie do książek Cata, bo w porównaniu ze wcześniejszą lekturą wydaje się nam, że pisane jest ono językiem szkaradnym i martwym.

Wydaje się, że w przypadku posłowia prof. Habielskiego jest jednak inaczej – nie wiem, czy nie jest to najlepszy z dotychczasowych komentarzy do dzieła Mackiewicza w obecnej edycji, z którym może konkurować chyba tylko posłowie prof. Nowaka do „Myśli w obcęgach”. Swoją drogą znałem wcześniejsze prace prof. Habielskiego, więc wiedziałem czego mogę się spodziewać. Wygląda ponadto na to, że autor równie dobrze wykłada jak pisze. Oto leży u mnie jego książka pt. „Dokąd nam iść wypada?”, wypożyczona z jednej z bibliotek warszawskich, gdzie na ostatnich stronach czytam wynurzenia jakiejś egzaltowanej studentki, pozostającej pod urokiem pana profesora i jego błękitnych oczu.

Jeszcze jedna uwaga. Brakuje mi jednak obwoluty z reprodukcją „Ślepców” Bruegela, jak to miało miejsce przy pierwszym wydaniu „Zielonych oczu”, która bardzo dobrze ilustrowała treść książki.

Więcej grzechów nie pamiętam, a nawet gdybym miał kilka mniejszych zarzutów, to trochę niezręcznie byłoby mi o nich mówić, bo sam nie jestem bez winy. Obiecałem tę recenzję redaktorowi Sadkiewiczowi już jakiś czas temu, dług więc spłacam z dużym opóźnieniem, za co pokornie się kajam.

Marcin Furdyna

Stanisław Cat-Mackiewicz, Zielone Oczy, Wydawnictwo UNIVERSITAS, 2012