"Trump jest najbardziej radykalny akurat tam, gdzie prezydent USA ma naprawdę duże i słabo kontrolowane kompetencje: w kwestii kontroli granic zewnętrznych, handlu zagranicznego i polityki międzynarodowej" - pisze na łamach "Nowej Konfederacji" Michał Kuź.
Donalda Trumpa można nie lubić, coraz więcej wskazuje jednak na to, że może on być następnym prezydentem USA. Jeśli wygra, będzie też prawdopodobnie ostatecznym grabarzem chylącej się już ku upadkowi globalizacji, jaką znamy. Lamentującym Demokratom i salonowym Republikanom, jak i innym globalistom po obu stronach oceanu, można zaś co najwyżej przytoczyć polskiego klasyka: „mieliście złoty róg…”.
Establishment w odwrocie
Po pierwsze należy bowiem jasno i wyraźnie powiedzieć, że jeśli Demokraci przegrają, to stanie się to na ich własne życzenie. Partyjny establishment postawił na nieudolną, dwulicową i, jak się wydaje, schorowaną Hillary Clinton na długo zanim wyścig pomiędzy nią a Sandersem był rozstrzygnięty. Do tego, stosując nieczyste zagrywki, media i wpływowi polityczni macherzy starali się oddziaływać na wyborców tak, aby w decydującym momencie nie poparli w prawyborach socjaldemokratycznego konkurenta pani Clinton. Szerzej o tych machinacjach traktuje mój komentarz na łamach NK.
Nad rozmaitymi moralnymi, zdrowotnymi, wizerunkowymi i politycznymi niedomaganiami Clinton można byłoby się pastwić długo. W największym skrócie, cały błąd demokratycznych „tłustych kotów” polegał na tym, że mając do czynienia ze skrajnie niechętnym politycznym elitom elektoratem, postawiły na kandydatkę establishmentową aż do bólu, pomimo tego, że jeszcze przed nominacją Clinton symulacje wskazywały, że to Sanders ma większe szanse z Trumpem. Dziś, przy całej medialnej wrzawie wokół Trumpa, zarówno on, jak i Clinton mają niemal identyczny elektorat negatywny, przy czym w przypadku Clinton ma on tendencję wzrostową.
Hybris, czyli pycha? Kumoterstwo? Korupcja? Głupota? Złudne liczenie na to, że za całą rewolucyjność wystarczy hasło „pierwsza kobieta w Białym Domu”? Pewnie wszystko to przyczyniło się po trosze do fatalnej decyzji o koronowaniu Clinton na kandydata Demokratów. Sanders w oczywisty sposób zagroziłby interesom demokratycznych salonów, wolały one więc nie ryzykować. Mechanizmy oportunizmu i degeneracji każdej oligarchii są zaś podobne. W tym kontekście zaklęcia agencji ratingowej Moody’s, która dowodzi, że Clinton jest lepszym kandydatem (bo wspiera wolny handel), muszą w uszach zbiedniałej klasy średniej brzmieć jak ponury dowcip, a z punktu widzenia strategii politycznej są poniekąd pocałunkiem śmierci.
Zresztą tak naprawdę zarówno Trump, jak i Clinton opowiadają się za schładzaniem gospodarczej globalizacji. Clinton stwierdziła na przykład wprost, że nie podpisze żadnej umowy, która pozbawiłaby Amerykanów pracy, co odebrano jako ostrożną krytykę TTIP i już podpisanego TPP. Tyle że Trump jest w swoim antyglobalizmie bardziej zdeterminowany i radykalny. W ogóle jego „wielka strategia” opiera się raczej na radykalizacji haseł już od dawna obecnych w amerykańskiej polityce niż wymyślaniu zupełnie nowych. Wbrew licznym krytykom „doktryna Trumpa” nie jest też przy tym tylko zbiorem samozaprzeczeń...
