Chociaż życie matki było zagrożone, a lekarze nie przestawali sugerować aborcji, Jo zadecydowała, że urodzi dziecko, a z rozpoczęciem chemioterapii poczeka sześć miesięcy. Im dłużej zwlekała z rozpoczęciem terapii, tym większe szanse miało na przeżycie jej dziecko.
- Wiedziałam, że nie możemy się poddać w walce o nasze dziecko – wyznała niedawno w rozmowie z „Daily Mail” Jo. - Nie było innej możliwości poza tą, że byłam gotowa poświęcić za nie swoje życie – dodała.
- Staraliśmy się o dziecko od lat i byliśmy przekonani, że już więcej ten cud nam się nie przydarz (...). Wiedziałam, że jeśli nawet mnie się nie uda, to przyniosę na świat nowe życie – mówiła w rozmowie z „Daily Mail”.
Jo przeszła operację usunięcia węzłów chłonnych. „Zaraz po operacji lekarze zrobili mi badania i usłyszałam, jak bije serduszko Jake'a. Utwierdziłam się w przekonaniu, że robię tak, jak trzeba” - mówiła później mama małego chłopca.
W piątym miesiącu ciąży Jo zaczęła otrzymywać niewielkie dawki chemioterapii. W grudniu 2010 roku na świat przyszedł całkowicie zdrowy Jake. Jego mama zaraz po porodzie przeszła mastektomię i rozpoczęła walkę o życie.
Niedawno Jo została poinformowana, że nie wymaga dalszego leczenia. Wygrała z rakiem. „Czuję się tak, jakbyśmy wygrali na loterii. Jake jest szczęśliwym małym chłopcem. Jest taki pogodny i wesoły. Patrzę na niego i wiem, że warto było przejść przez to piekło” - opowiada szczęśliwa mama.
„Jesteśmy po prostu zachwyceni, że w końcu, po tym wszystkim, co przeszliśmy, możemy być szczęśliwą, zdrową rodziną” - konstatuje Jo.
eMBe/Lifesitenew.com

