Marta Brzezińska: Czy widziała już Pani wstrząsające zdjęcia z miejsca katastrofy smoleńskiej, które od jakiegoś czasu krążą po sieci? Czy ich upublicznienie nie jest dla Was, rodzin ofiar katastrofy upokarzające?

 

Magdalena Merta: Nie widziałam tych zdjęć i wcale nie jest powiedziane, że będę chciała je widzieć. Warto przypomnieć, że nikt nie ma obowiązku oglądania tych zdjęć. Jesteśmy ludźmi rozumnymi i do nas należy decyzja, czy chcemy na takie rzeczy patrzeć. Ponadto, trzeba pamiętać, że informacja działa w dwie strony. Pewne rzeczy są upublicznianie dlatego, że jest na nie popyt.

 

Jak poinformowała właśnie Niezalezna.pl, te zdjęcia mogą pochodzić ze zbioru dowodowego zgromadzonego przez rosyjski MAK. Czy wyciek tych materiałów to nie jest kolejna kompromitacja śledztwa w sprawie przyczyn katastrofy?

 

Ma to się nijak do ochrony dobra rodzin ofiar. Stawia to w fatalnym świetle tych, którzy uniemożliwiają rodzinom dostęp do informacji, w tym prawa do robienia notatek. Prokuratura utajnia mnóstwo rzeczy, takich które byłyby nam przydatne, a jednocześnie to, co najdrastyczniejsze, najbardziej zasługujące na ochronę i tak wypływa. Mam wrażenie, że wszystkie klauzuly tajności służą głównie uprzykrzeniu życia rodzinom ofiar, a nie rzeczywistej ochronie materiałów koniecznych do prowadzenia śledztwa. Mówimy o materii bardzo trudnej, budzącej głębokie emocje, ale ja nie zmartwiłabym się tym, że dokumenty w sprawie śledztwa zostałyby upublicznione. Jeżeli kogoś interesuje to, jak przebiega śledztwo i jakie czynności się podejmuje, to czemu miałby tego nie wiedzieć? Ja nie dostrzegłam żadnego powodu utajniania tych materiałów, poza tymi, które dotykają najbardziej prywatnego wymiaru, jakim jest obraz zwłok czy informacje o obrażeniach, przebytych chorobach, stanie ciała. Nie widzę specjalnego powodu, żeby utajniać ekspertyzy, opinie ekspertów. Nie rozumiem dlaczego śledztwo w tak ważnej sprawie ma być tajne. Może chodzi o ukrycie tego, jak niemrawo się ono toczy, albo jak dziwne podejmuje się decyzje. Absolutnie nie uważam jednak, że wszystkie zdjęcia powinny być na sprzedaż. Oczywiście, nie można wykluczyć jakiejś, wręcz KGB-owskiej przewrotnej akcji z wypuszczeniem tych zdjęć. W Rosji mało rzeczy dzieje się bez przyczyny. To na pewno jeden z wariantów wytłumaczenia, dlaczego tak się stało. Z drugiej strony, człowiek, który upublicznił zdjęcia, mógł po prostu na nich zarobić. Mógł je sprzedać.

 

ABW od kilku tygodni miała wiedzieć, że na rosyjskim formu internetowym opublikowano te drastyczne zdjęcia. Podobno nawet interweniowała w tej sprawie, ale zdjęcia nadal znajdują się w sieci i stanowią sensacyjną pożywkę dla mediów.

 

Gdyby ABW miało mechanizmy zablokowania tych zdjęć, to pewnie zrobiłoby to. Tutaj nie można obarczać ABW, bo rzecz się wydarzyła na obcym portalu. A jeżeli ABW zderzyło się z czymś takim, jak państwo rosyjskie to nie dziwne, że polegli. Tu nie ma analogii z sytucją, kiedy na oficjalnej stronie MAK zamieszczono drastyczne fotografie. Trzeba pamiętać, że haniebne zdjęcia, godzące w uczucia rodzin wisiały na stronie MAK, ale udało się je stamtąd zdjąć, co było osobistą zasługą mec. Bartosza Kownackiego, który zainterweniował w tej sprawie i zażądał zdjęcia pośmiertnych fotografii gen. Błasika. To była strona oficjalna i wiadomo było, do kogo kierować się z zastrzeżeniami. MAK usunął je. Teraz, przynajmniej formalnie, mamy do czynienia z prywatnym człowiekiem i jego prywatnym kontem blogowym. To oczywiście ładnie ze strony ABW, że upomniało się o dobro rodzin, ale myślę, że gdyby zajęli się oddaniem nam telefonów naszych bliskich i wykonywaniem swojej pracy, to także nie byłoby źle. Oni od 2,5 roku nie są w stanie pokonać procedury wydobycia informacji z telefonów ofiar i dlatego nam ich nie oddają.

 

Rozmawiała Marta Brzezińska