Jeszcze mniej zrozumiałe jest dla mnie to, co działo się później. Jeśli już ministerstwo przywłaszczyło sobie rzeczy mojego męża, to dlaczego poddano je zniszczeniu? Dlaczego je spalono? Przecież te rzeczy są moją własnością! Oni przecież zdawali sobie sprawę, że mieli do czynienia z cudzymi przedmiotami. Nie potrafię tego sobie wytłumaczyć inaczej, jak wersjami z horroru, że zniszczono te rzeczy, bo na przykład nosiły ślady po kulach i zadbano o to, by to ukryć, żebym nigdy się tego nie dowiedziała.
Zastanawiam się, co mogło być takiego szczególnego w Tomaszu Mercie, że akurat jego własność przeszła taką drogę i podjęto decyzję, że tę własność należy zniszczyć i nie oddawać rodzinie. Ale nie jestem w stanie odgadnąć, czym kierowali się pracownicy ministerstwa.
Wczorajsza rewizja w MSZ służyła poszukiwaniu tych rzeczy Tomka, które nie mogły spłonąć. Nie ma żadnego śladu, że one w ogóle przeszły taką drogę. Poza zeznaniem świadka nie mamy żadnego dowodu na to, że rzeczywiście z nimi tak postąpiono. Muszę też zwrócić uwagę na wyjątkowo złe przygotowanie policji do tej akcji, czyli brak odpowiedniego sprzętu, co uniemożliwiło odnalezienie zaginionych przedmiotów metalowych. Przecież obrączka nie mogła się spalić. Tak, jak nie spłonęły sprzączki tam, w Smoleńsku, przy wielokrotnie wyższej temperaturze. A ognisko, o którym mówił świadek paliło się zaledwie przez 2-2,5 godz.
Not. eMBe

