W niedzielny wieczór kanclerz Angela Merkel spotkała się w Stambule z obrońcami praw człowieka, dziennikarzami i prawnikami. W ten sposób chciała zademonstrować swoje zainteresowanie losem obywateli w Turcji. Nie zaproszono na spotkanie jednak ani przedstawicieli partii opozycyjnych, ani znanych krytyków prezydenta Erdogana. Wygląda więc na to, że spotkanie było wymuszonym na Merkel przez niemiecką opinię publiczną gestem, przedsięwziętym jednak tak, by nie zaszkodzić zarazem zanadto samemu Erdoganowi.

Z tureckim prezydentem kanclerz Niemiec spotka się w poniedziałek na marginesie Światowego Szczytu Humanitarnego ONZ. Tematów do omówienia na pewno im nie zabraknie. Nie chodzi oczywiście tyle o stan demokracji w Turcji, co przede wszystkim o problem koordynacji działań w obliczu kryzysu migracyjnego. Merkel deklaruje, że chce pozostać przy bliskiej współpracy z Ankarą, która - jak powiedziała w niedawnym wywiadzie - realizuje podjęte przez siebie zobowiązania w sprawie kryzysu. Pytana, czy jej polityka nie uzależniła Niemiec od Turcji, kanclerz powiedziała wprost, że w pewnej mierze tak się stało: "Naturalnie istnieją obustronne zależności" - stwierdziła. Jak dodała, "można je nazwać także potrzebą równowagi interesów".

W wywiadzie Merkel upomniała się też o zwalczanych przez turecki rząd Kurdów. Czy za słowami pójdą czyny pozostaje jednak wątpliwe wobec konieczności utrzymania z Turcją współpracy celem uwolnienia się od balastu masowej migracji.

hk