Pan od kilkudziesięciu lat kultywował pamięć o Powstaniu Styczniowym, wczoraj podczas uroczystej Mszy Świętej katedra polowa była wypełniona po brzegi. Mimo mrozu, kilka tysięcy osób wzięło udział w przemarszu i uroczystości pod Krzyżem Traugutta. Pan przypomniał to podczas przemówienia, że kiedyś przychodziło was tu zaledwie kilkudziesięciu...

 

Faktycznie, opłaciło się organizować uroczystości pod Krzyżem Traugutta przez dziesiątki lat, aby doczekać tej chwili, która wczoraj zgromadziła kilka tysięcy osób. Katedra była wypełniona, nastąpił przemarsz pocztów sztandarowych, grup rekonstrukcyjnych, kapłanów, posłów, senatorów, rzemieślników różnych cechów, młodzieży, mieszkańców Warszawy, ale też i z Kutna, Siedlec, Kalisza czy nawet Białorusi.

 

Co to oznacza?

 

Powoli odbudowuje się etos Powstania Styczniowego. Gdy będzie cieplej w dniu 5 kwietnia, może to do warszawiaków dotrze i przyjdą spontanicznie jak ci sprzed 100-laty, którzy zawieszali płyty pamięci na wieżycy Mostu Poniatowskiego w rocznicę powieszenia Romualda Traugutta. Czy jak ci w 1919 r. którzy przyszli w liczbie 140 tys. aby oddać mu hołd. Naród, który chce przetrwać musi pamiętać o swojej przeszłości. Musi być świadomy co na nim ciąży. Nie chodzi o to, aby przejść przez życie, gdzie liczy się tylko praca, jedzenie i rozrywka. My mamy coś do wykonania w miejscu na świecie, w którym żyjemy i powinniśmy to wykonać - tak robili nasi przodkowie. Oni się nie uchylali.

 

Co pana najbardziej porusza w historii Powstania Styczniowego?

 

Ich ofiarność i to, że mieli wielką nadzieje, że mimo różnicy sił z Rosją – dadzą radę i zmieni się sytuacja Polski. Powstanie, choć przegrane, dało wielką siłę następnym pokoleniom. Przekazywane w opowieściach przez babcie i dziadków, spowodowało, że byliśmy bardziej skuteczni i odzyskaliśmy niepodległość. Metoda działania Polskiego Państwa Podziemnego była również wzorowana na tej z 1863 i 64 roku. Nadzieja jest siłą polskiego narodu.

 

Rozmawiał Jarosław Wróblewski