Ale bez obaw, to nie jest książka filozoficzna (choć akurat ja takie uwielbiam), nie ma w niej ton przypisów, a autorka nie katuje nas przemyśleniami Arystotelesa (choćby z „Etyki nikomachejskiej”) czy Akwinaty. Zamiast tego pokazuje, że stare, sprawdzone myślenie o moralności i wychowaniu do niej, w ogóle się nie starzeje i znajduje nieustające potwierdzenie w odkryciach psychologii, pedagogiki, a także medycyny. I co więcej Meeker pokazuje, że możemy, jeśli tylko naprawdę się postaramy, rzeczywiście powrócić do tamtych metod wychowawczych i zastosować je w praktyce.



Cnota jako droga do szczęścia



Lekturę Meeker warto zacząć od kilku pytań, które zadaje ona rodzicom. „Czy chciałbyś ukształtować mężczyznę, który prowadzi prawe życie i żyje z rzetelnej pracy swoich rąk? A może wolałbyś raczej, żeby w trudnej sytuacji łasił się do silniejszych od siebie w oczekiwaniu na nagrodę? (…) Czy w trudnej sytuacji okaże odwagę czy brak zasad? Jeśli ma wybrać pomiędzy dziećmi a sobą samym, kogo postawi na pierwszym miejscu?” - mocno pyta Meeker. I odpowiada, że jeśli chcemy, żeby nasi synowie byli mężni, pełni poświęcenia, pokorni, opanowani i prawi to trzeba nad nimi zacząć pracować już teraz, cierpliwie wpajając im pewne zachowania i postawy.



I w tej sprawie Meeker pozostaje całkowicie zgodna z całą klasyczną tradycją wychowawczą. Jak Arystoteles uważa, że cnót nabiera się poprzez powtarzanie cnotliwych decyzji, odnajdywanie w nich przyjemności i utrwalanie postaw. „... wszelka cnota zanika wskutek tych samych przyczyn i pod wpływem tych samych czynników, którym zawdzięcza swoje powstanie (…) Przez wykonywanie bowiem tych czynności, które pociągają za sobą stosunki rodzące zobowiązania wobec ludzi jedni z nas stają się sprawiedliwi, drudzy zaś niesprawiedliwi; zależnie od tego, czy przywykniemy do strachu, czy też do odwagi w obliczu niebezpieczeństwa stajemy się bądź ludźmi mężnymi, bądź tchórzami” - wskazywał Arystoteles w „Etyce nikomachejskiej”. „Za oznakę trwałych dyspozycji należy uważać przyjemność lub przykrość, które towarzyszą czynnościom; bo kto wyrzeka się rozkoszy zmysłowych, i to właśnie go raduje, ten jest umiarkowany; kto zaś odczuwa to jako ciężar, jest rozwiązły; kto naraża się na niebezpieczeństwo i to go cieszy lub przynajmniej nie sprawia mu przykrości, ten jest mężny, kto zaś przy tym odczuwa przykrość, jest tchórzem” - uzupełniał. I dokładnie taki projekt wychowawczy proponuje rodzicom Meg Meeker, wskazując, że tylko w ten sposób możemy ukształtować szczęśliwego i dojrzałego mężczyznę.



Po pierwsze czas



Ale jak to zrobić? - niemal natychmiast pytają rodzice. Odpowiedź jest prosta. Po pierwsze potrzebny jest czas. I to w najróżniejszym znaczeniu: czas dla dziecka ofiarowany przez rodziców (szczególnie przez ojca); czas rodziców, by ci chcieli zająć się dziećmi i wreszcie czas dzieci. „Pośpiech jest wrogiem cnót, ponieważ nie zostawia czasu na rozmowy, zastanowienie się czy modlitwę, za to zmusza nas, byśmy przynaglali naszych synów do pracy, zamiast poświęcać im nasz czas. Pozwólmy chłopcom na czas wolny, pozwólmy im, by mieli marzenia. Zachęcajmy ich, by zadawali pytania i by myśleli. Chłopcy muszą mieć czas na zastanawianie się nad cnotami, zanim będą w stanie je posiąść” - wskazuje Meeker.



Istotną rolę w odnajdywaniu czasu dziecka (i dla dziecka) jest uproszczenie swojego i jego życia. „Staraj się uprościć życie swojego syna. Pozwól, by miał czas się ponudzić oraz by sam umiał znaleźć sposób na wypełnienie wolnego czasu. W ten sposób będzie zmuszony do myślenia. Jeśli chcesz go czymś zainspirować, daj mu do przeczytania Etykę lub Politykę Arystotelesa albo Dialogi Platona, czy też Myśli Pascala – klasykę, która pomoże mu zastanowić się nad tym, czym są cnoty, jak je opisać, jak nimi żyć” - przekonuje lekarka.



Po drugie przykład



Czas to jednak, wbrew pozorom, prostsza część wyzwania jakie stoi przed rodzicami. Nie mniej istotnym zadaniem wychowawcy jest bowiem osobisty wzór. Chcesz, by Twój syn był mężnym? Sam musisz taki być.! Chcesz, by mówił prawdę? Nie ma rady – kłamstwo musi wylecieć z Twojego życia. Innej drogi jednak nie ma. Tylko własne, osobiste ćwiczenie się w cnotach, może prowadzić nasze dzieci, do tego, że będą się one także w nich szkoliły. Nie jest to niemożliwe, bowiem w każdym (i znowu widać tu Arystotelesa) z nas jest pragnienie życia cnotliwego, dążenie do cnoty, ale wymaga nieustannego ćwiczenia, rozpoczynania na nowo, podnoszenia się z upadku i marszu do przodu z pełną świadomością, że jeśli cnota się nie rozwija, to się zwija (to akurat mocno wyraził Immanuel Kant).



Trzeba mieć też świadomość, że jeśli zrezygnujemy, jeśli uznamy, że nie nadajemy się na przykład dla naszego syna, to on i tak będzie się na nas wzorował, a nasze decyzje będą odbijały się w całym jego życiu. „Ojcowie jesteście absolutnie najważniejsi w życiu waszych synów” - oznajmia Meeker i dodaje: „Od chwili, w której twój syn przyszedł na świat, nawiązujesz z nim więź, która staje się dla niego fundamentem i wzorem do naśladowania przez całe życie. Jeśli jesteś osobą godną zaufania, twój syn będzie ufał innym. Jeśli zamiast kochać, głównie krytykujesz, chłopak będzie się starał z nikim nie zawierać zbyt bliskich znajomości. Stajesz się jakby filtrem dla jego uczuć. Wszystkie relacje, jakie w przyszłości nawiąże z innymi, będą w jakiejś mierze naśladować relację, jaką ma z tobą” - zauważa amerykańska lekarka.


Aby jednak w ten sposób oddziaływać trzeba mieć – i tu wracamy do pierwszego punktu – czas. „Oto zadanie dla Ciebie. Dzisiaj, najlepiej od razu, postanów sobie, że dwukrotnie wydłużysz czas, jaki poświęcasz swemu synowi. Sądzisz, że nie masz tyle czasu? Z pewnością masz! Wykonuj razem z nim jakieś prace w domu i wokół domu, przestać oglądać wieczorne wiadomości, pomóż mu w odrabianiu lekcji, porozmawiaj z nim przy śniadaniu, pobaw się z nim chwilę po pracy albo zabierz go na ryby w weekend. Twój syn musi prowadzić swoje życie obok ciebie” - apeluje Meeker.



Media w istocie niepotrzebne



Ilość czasu – i to zarówno w przypadku dzieci, jak i dorosłych – niezwykle zwiększa wyrzucenie mediów z ich codziennego życia. Gry komputerowe, telewizja, internet, nie powinny być główną przestrzenią życia zarówno chłopaka, jak i jego ojca. Stąd kilka prostych rad Meeker: telewizor i komputer nigdy nie mogą stać w pokoju dziecka, ono musi nauczyć się kontrolować dostęp do niego. A do tego, i to jest niezwykle mocny wniosek, media elektroniczne nie wnoszą nic specjalnie dobrego do życia dziecka. „Im rzadziej będzie (syn) oglądał telewizję, grał w gry czy dostawał nowe gadżety, tym łatwiej stanie się szczęśliwszym i lepszym człowiekiem. Zbyt wiele dobrego nie przynosi żadnego pożytku. Tak naprawdę twój syn potrzebuje tylko ciebie” - podkreśla autorka.



A do tego prostego zdania trzeba dodać jeszcze jedno. Dziecko potrzebuje także rzeczywistości. A zatem zamiast gry lepiej pójść z nim do lasu, na rower, na polowanie, strzelanie z łuku czy skoki spadochronowe niż siedzieć przed ekranem komputera. I niby to oczywiste, a jednak wcale takie nie jest. Trzeba też chłopców nauczyć pisać ręcznie, pokazać im fakturę papieru, wartość zapisanego słowa, a także to, że prawdziwe relacje potrzebują czasu i realnego spotkania, a nie tylko kontaktu przez komunikator czy społecznościowe media. Tylko w ten sposób nauczymy dziecka życia prawdziwego, a nie wirtualnego.



Przekazać dziecku wiarę



Ogromną rolę w wychowaniu Meeker przypisuje także wierze w Boga. I to nie tylko dlatego, że Bóg istnieje (choć nie ma wątpliwości, że autorka książki jest wierząca), ale także dlatego, że wiara w Boga i tradycyjna religijność pomagają chłopcom w życiu. „Tradycyjna religijność nie tylko stawia większe wymagania oraz daje solidny moralny fundament, ale pozwala również doświadczyć pewnej równowagi, która z kolei zapewnia dzieciom poczucie bezpieczeństwa. Dzieje się tak dlatego, że religia zamiast zajmować się poszerzaniem samoświadomości, kładzie nacisk na teologię, przykazania oraz zasady dobrego (czy też moralnego) życia” - zauważa Meeker. Religia porządkuje także rzeczywistość, a także podsuwa autorytety.



Obraz Boga będzie jednak w dziecku mocno zależny od tego, jakimi jesteśmy ojcami. I dlatego książka kończy się wielkim apelem do każdego mężczyzny, by powrócił do swojego syna. „Twój syn czeka na ciebie. Może ma dwa lata, a może dwadzieścia dwa. Chce, byś go zauważył, byś zainwestował w niego swój czas i uwagę i opowiedział mu o tym, jak wygląda życie, co jest w nim naprawdę najważniejsze. Potrzebuje ciebie – swojego rodzica, dziadka, nauczyciela, trenera, byś wziął na siebie ryzyko kochania go. Kochaj go więc ze wszystkich sił, ponieważ świat, który widzi wokół siebie, jest pełen chaosu i bólu. Jest jego wrogiem, podczas gdy ty jesteś jego sprzymierzeńcem” - pisze Meeker. A czytelnikowi pozostaje tylko powiedzieć „Amen”. I zabrać się do roboty.



Tomasz P. Terlikowski



M. Meeker, Jak wychować chłopca na mężczyznę. 7 skutecznych sposobów, tłum. M. i K. Głowaccy, Wydawnictwo M, Kraków 2012, s. 318.