Przez ułamek sekundy nawet taki stary lis, jak ja dał się nabrać na wykonanie wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego przez Sąd Najwyższy, ale zacznijmy od początku. Sam fakt, że w sprawie nie udzielenia informacji publicznej przez Sąd Najwyższy, zapadł prawomocny wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego zobowiązujący do udzielenia informacji, jest kompromitacją absolutną.
Właściwie nie potrzeba żadnych dodatkowych informacji, wystarczy, że SN przegrał sprawę w NSA, aby się złapać za głowę i pomyśleć w jakim państwie żyjemy. Niestety to dopiero początek. Wczoraj prezes SN Małgorzata Gersdorf wydała oświadczenie, w którym odmawia wykonania prawomocnego wyroku i powołuje się przy tym na zapisane w rocie sędziowskiej dochowanie tajemnicy. Rzecz tak nieprawdopodobnie żenująca, że trudno szukać jakiegokolwiek wyjaśnienia.
Gdy się nie wie co myśleć, to się szuka możliwych interpretacji. W pierwszej chwili pomyślałem, że pani prezes Małgorzata Gersdorf pręży muskuły i pokazuje, że nietykalnej kaście wolno wszystko. Byłaby to oczekiwana przez środowisko postawa, która daje odpór reformie sądownictwa. Poziom bezczelności i bezkarności charakterystyczny i odpowiedni dla takiej manifestacji, ale po 24 godzinach nastąpiła refleksja. Sąd Najwyższy nie zgodził się z opinią swojej prezes, co też jest niezłym kabaretem i udzielił informacji publicznej, nie znaczy, że wykonał wyrok. Wnioskodawcy i opinii publicznej przedstawiono wyciągi z kart służbowych prezesów SN za lata 2015-2016. Okazało się, że karty są czyściutkie jak łza niemowlaka, a pani prezes to nawet dorsza nie kupiła i nie wydała ani złotówki. Samo nasuwa się pytanie, po co było robić cyrk i wydawać groteskowe oświadczenia, skoro SN mógł pokazać jaki jest skromny.
Tajemnica tkwi w niewykonaniu wyroku. SN wykonał… no właśnie chciałem napisać sprytny manewr, ale tak naprawdę to jest prymitywna sztuczka. Wniosek dotyczył zupełnie innej informacji publicznej, ale oddajmy głos wnioskodawcy, fundacji ePaństwo, która wydała taki oto komunikat w przedmiotowej sprawie:
2. Inny zakres czasowy udzielonych informacji
W informacji udzielonej przez Rzecznika udostępniono dane za lata 2016 i 2015. Pochwalamy udostępnienie tych danych, ale wniosek Fundacji dotyczył danych za lata 2013 i 2014. Tych informacji w komunikacie Rzecznika SN brakuje.
3. Brak informacji imiennych
Fundacja żądała m.in. udostępnienia imion i nazwisko osób, które dysponują lub dysponowały kartami. W komunikacie Rzecznika takie dane się nie znalazły.
4. Brak szczegółów (wyciągu) wydatków
Fundacja zwróciła się do udostępnienie danych dotyczących konkretnych informacji o poczynionych wydatkach w ramach użytkowania kart płatniczych. Wskazanie przez Rzecznika, że wydatki poczynione w 2016 r. “są to zakupy związane z bieżącymi potrzebami, które są szczegółowo ewidencjonowane.” nie stanowi prawidłowego udostępnienia żądanych informacji.
Sąd Najwyższy udostępnił coś, o co nie był proszony i wolno w tej sytuacji snuć przypuszczenia, że nie chodzi w tym manewrze o nic więcej, tylko o odwrócenie uwagi od informacji, które są dla SN najwyraźniej krepujące. W latach 2015 i 2016 sporo się w Polsce zmieniło, to i po karty prezesi SN sięgali bardzo ostrożnie. Co się działo w złotym wieku dla nietykalnej kasty, tego nadal nie wiemy, to znaczy wiemy, ale nie mamy wyciągów. Cała ta sprawa prócz tego, że bulwersuje i odkrywa degrengoladę wymiaru sprawiedliwości, pokazuje jeszcze coś innego. Od kilku lat usiłuję wyrwać informacje publiczne od parareligijnej organizacji Jerzego Owsiaka i niewielu ludzi wie, jaka to jest droga przez mękę i jak bardzo obywatel w zderzeniu z kruczkami prawnymi jest bezsilny.
Każdy organ zobowiązany może skutecznie wydłużyć udzielanie informacji do kilku lat, co zresztą mamy w przypadku kart SN. Robi się to zgodnie z obowiązującym prawem, wystarczy opłacić prawnika, tak jak WOŚP, a ten już doskonale wie, że na samej bezczynności można ugrać co najmniej rok. Po prawomocnym stwierdzaniu bezczynności organ wypłaca wnioskującemu jedynie 100 złotych opłaty sadowej i nadal nie musi udzielić informacji. Dopiero prawomocny wyrok zawierający zobowiązanie organu do udzielenia informacji publicznej, nakłada obowiązek prawny. Tylko, co z tego? Niewykonanie wyroku grozi jedynie karą grzywny, co reguluje Prawo o postępowaniu przed sądami administracyjnymi:
Art. 154. § 1. W razie niewykonania wyroku uwzględniającego skargę na bezczynność oraz w razie bezczynności organu po wyroku uchylającym lub stwierdzającym nieważność aktu lub czynności strona, po uprzednim pisemnym wezwaniu właściwego organu do wykonania wyroku lub załatwienia sprawy, może wnieść skargę w tym przedmiocie żądając wymierzenia temu organowi grzywny.
§ 6. Grzywnę, o której mowa w § 1, wymierza się do wysokości dziesięciokrotnego przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego w gospodarce narodowej w roku poprzednim, ogłaszanego przez Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego na podstawie odrębnych przepisów.
W przypadku SN i innych organów publicznych, za złamanie prawa płacą obywatele, żeby było „śmieszniej” również ci, którzy złożyli wniosek o udostępnienie informacji publicznej. W przypadku takich podmiotów jak WOŚP jeszcze się nie spotkałem z pełnym wymiarem kary i tutaj też nie płacą Owsiak z towarzyszami, ale puszki dzieci. Sąd Najwyższy łamiąc prawo nie ryzykuje nic poza czymś, czego nie ma, czyli dobrą opinią. W najgorszym razie z naszych pieniędzy zapłaci góra 43 000 zł i tyle. Jaka to jest kara za utrzymanie słodkiej tajemnicy ile dorszy, u kogo i za jaką cenę, kupowali prezesi SN? Żadna!
W głębokiej teorii istnieje jeszcze inny przepis.
Art. 23 Ustawa o dostępie do informacji publicznej
Kto, wbrew ciążącemu na nim obowiązkowi, nie udostępnia informacji publicznej,
podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.
Nie znam jednak jednej sprawy, która by się zakończyła inaczej niż karą grzywny. Przy okazji popisów SN Polacy dowiedzieli się jeszcze czegoś innego, a mianowicie, że dostęp do informacji publicznej jest w Polsce czystą fikcją i zależy wyłącznie od dobrej woli organów zobowiązanych.
Źródło: kontrowersje.net
