Tak nudnej końcówki kampanii nie pamiętam od dawna. Z początku myślałem, żeby tę nudę porównać do pojedynku Kwaśniewskiego z Krzaklewskim, gdzie wszystko było jasne niemal od początku, ale tam jednak było parę akcji. Niejaki Gembarowski przerobił się na Lisa, Karolaka i Korwin-Piotrowską razem wziętych. Towarzysz Siwiec całował ziemie kaliską, tu i ówdzie przebąkiwało się o pijackiej porucie Olka Szklany na cmentarzu w Charkowie. Nie da się też porównać kampanii parlamentarnej z pojedynkiem Andrzeja Dudy i Bronka Bigosa, bo działo się dużo więcej i to takich rzeczy, które dostarczały wyborcom emocji.
Gdyby chcieć odpowiedzieć na klasyczne dziennikarskie pytanie, co było wyróżnikiem starcia partyjnego przed wyborami parlamentarnymi 2015 roku, trzeba by sięgnąć do Google i to włączyć opcję wyszukiwania obrazem. Naprawdę nie potrafię sobie, tak z pamięci, przypomnieć czegoś charakterystycznego, może poza jednym. Sam pomysł, aby wystawić Beatę Szydło na lidera sztabu wyborczego był strzałem w dziesiątkę, co do reszty zupełnie nic się nie działo. Wyrobnicy medialni stawali na głowie, żeby podgrzać atmosferę z niczego, pokazywano obłędne oczy Macierewicza i Kaczyńskiego gramolącego się w płaszczyku na małą mównicę. Cytowano wierszówki z „zachodniej prasy”, tradycyjnie został uruchomiony faszyzm, za sprawą oczywistości, czyli realnego zagrożenia epidemią wywołaną przez „uchodźców”. Nie pomogło nic, to znaczy pomogło, ale PiS.
Po każdej większej nudzie, która miała być skutecznym szczuciem, sondaże skakały nie w tę stronę, w którą były stymulowane. No i wreszcie przyszła oczekiwana debata i jak wiadomo wpisała się idealnie w powyższy obraz nudy. Co jeszcze pozostaje przez te trzy dni do zrobienia? Mam kilka różnych i niestety sprzecznych informacji na temat wyczekiwanych taśm i muszą stonować nastroje. Jedni mówią, że ma być bomba, drudzy, że jakieś średniej jakości sensacje, a to oznacza, że raczej sobie redakcje i Redaktorzy grzeją temat niż „straszą” przełomem. Z drugiej strony z pakietu środków przewidywalnych PO nie wykorzystała jeszcze swojego ulubionego esbeckiego numeru, pod tytułem „oni pójdą na wybory”. Oczywiście myślę o prowokacji w stylu Hadacza „Sznurka” i innych „Kostuchów”, ale mało intensywnie myślę, bo do takich akcji potrzeba dwóch rzeczy. Po pierwsze wewnętrznego żaru partyjnego, po drugie lojalności, która daje gwarancję utrzymania tajemnicy. Jednego i drugiego w PO nie ma i aby to stwierdzić wystarczy szybko przeanalizować dzisiejsze starcie Schetyny z Kopacz. Polityk, który po debacie liderów wyraża jakąkolwiek krytykę pod adresem własnego obozu, ,popełnia grzech śmiertelny. Grzesiek nie tylko skrytykował, ale zrobił to obusiecznie, najpierw przywali Kopacz „remisem ze wskazaniem”, potem rozwalcował sztab PO.
Nie ma komu podgrzewać atmosfery i nie ma czym. Właściwie propozycja, żeby PiS poszedł sobie zagrać w kręgle albo popływać w jacuzzi nie jest przesadną taktyką. Jedynie bonusu żal, ponieważ istnieje poważna szansa, żeby wyeliminować parę partii z sejmu. W zasadzie słowo bonus trochę lekceważąco brzmi, ponieważ mamy do czynienia z prawdziwą perełką statystyczną. Małe partie balansują na poziomie plus minus 2% od progu wyborczego. Co to oznacza? Ano, że ten balans może radykalnie moderować pozycję przyszłej władzy i opozycji. Przy skrajnie niekorzystnym układzie PiS bierze ponad 40% i nie ma większości posłów, przy skrajnie optymistycznej PiS może dostać 38% i mieć większość konstytucyjną. Jeśli więc ktoś bardzo szuka atrakcji na najbliższe dni kampanii to powinien się skupić na tym fenomenie, który nigdy wcześniej nie miał miejsca. Rzadka to sytuacja, w której doskonały wynik zwycięzcy nie gwarantuje przejęcia władzy, natomiast zły wynik i to drugoligowej konkurencji pozwala na wprowadzenie zmian konstytucyjnych. Taki mamy stan „na dzień dzisiejszy”, jakby powiedział przedstawiciel PSL, a i minister z PO, by się nie powstydził. W niedzielę na 200% wygra PiS, jednak dużo ważniejsze jest kto przegra.
Matka Kurka/kontrowersje.net
