Sylwia ma 40 lat, prowadzi swój biznes we Wrocławiu. Wpadła w problemy finansowe. Znajoma poleciła jej organizację, która rzekomo miała pomóc je rozwiązać. Poszła na spotkanie.

- Usłyszałam na nim, że mają metody, dzięki którym odnajdę się w życiu, znajdę Boga i rozkręcę biznes. Uwierzyłam im - mówi „Dziennikowi”.

Łatwowierność drogo ją kosztowała. Musiała zapłacić za specjalne kursy: samodoskonalenia, medytacji. Po pół roku zrezygnowała. - Potem ciągle do mnie wydzwaniali, straszyli - opowiada. Straciła ponad 3 tys. dolarów, bo w takiej walucie kazała jej płacić sekta.

 

Takich jak Sylwia są tysiące. Pierwsze miesiące tego roku były prawdziwym rajem dla tych, którzy werbują do sekt. Nowa sytuacja rynkowa przyniosła natychmiastową zmianę ich strategii. Zmienili grupę docelową, co szybko przyniosło efekty.

- Werbują już nie zagubioną zbuntowaną młodzież, ale wyszukują osoby z dużych miast w wieku 30-40 lat, które właśnie straciły pracę lub mają poważne kłopoty finansowe – mówi dominikanin o. Tomasz Franc z wrocławskiego ośrodka informacji o sektach. Z roku na rok zgłasza się do niego coraz więcej osób.

Jeszcze dwa lata temu ośrodek miał niecałe 500 zgłoszeń, w ubiegłym roku było ich o sto więcej. Nie ma statystyk za pierwsze miesiące tego roku, ale dominikanie przewidują, że będzie ich mnóstwo.

- Sekciarze w ten sposób werbowali już na początku lat 90 - mówi Dariusz Pietrek, szef Centrum Informacji o Sektach i Grupach Psychomanipulacyjnych w Katowicach. - Gdy koniunktura gospodarcza poprawiała się, metoda nie przynosiła już tak dużych zysków. Teraz, gdy ponownie coraz więcej osób odczuwa brak pracy, znów do niej wróciły – Pietrek potwierdza słowa duchownego.

AJ/Dziennik.pl

 

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »