Jak informuje Wirtualna Polska, pierwszy marsz zombie w naszym kraju odbył się w 2007 roku w Warszawie i wzięło w nim udział około 200 osób. Od tamtej pory marsze organizowane są w stolicy co roku, zawsze w ostatnią sobotę czerwca. "Zombie Walk" odbywa się również w innych miastach, m.in. w Poznaniu, Gdańsku i Łodzi. 

 

Historia podobnych inicjatyw na świecie jest dłuższa. Pierwszy taki marsz zorganizowano w 2003 r. w Toronto. W ślad za Kanadyjczykami poszli Amerykanie, Brytyjczycy i Austriacy. Dziwna moda zawędrowała również nad Wisłę. "Nie zabrakło sztucznej krwi, poszarpanych ubrań, wyłupanych oczu, kulejącego i powolnego chodu. Jęczące trupy z siekierami w głowach zawładnęły stolicą" - czytamy w jednej z relacji.

 

Trzeba przyznać, że charakteryzacji uczestników marszu mogliby pozazdrościć twórcy hollywoodzkich superprodukcji. Krew, rany szarpane, kłute, dziury w głowie, wyłupane oczy, zmasakrowane twarze, do wyboru, do koloru... Wszystko bardziej przerażające, niż w teledysku piosenki Michaela Jacksona "Thriller" (uczestnicy marszu mogą potraktować to jako komplement).

 

Dziwne tylko, że żaden z wrażliwców nie poczuł się dotknięty inicjatywą fanów kina grozy. Nie mogliśmy usłyszeć uskarżania się na epatowanie brutalnością, śmiercią i szokowanie materią, której nie powinno się poruszać. Dziwnym trafem, wszyscy jaśnie oświeceni przedstawiciele środowisk liberalnych i lewicowych nabrali wody w usta. A przecież, to właśnie oni podnoszą podobne argumenty, przy okazji każdej kolejnej wystawy antyaborcyjnej, zorganizowanej przez grupy zapalonych pro-liferów. Każda akcja w obronie życia, która sięga po bardziej dobitne środki przekazu, jest z góry przekreślana, ze względu na przekroczenie "pewnych granic dobrego smaku" . To właśnie "względy estetyczne" są głównymi argumentami zwolenników aborcji.

 

Tylko po co ta hipokryzja? Może zamiast zasłaniać się niechęcią do szokowania, powiedzieć wprost: "Jesteśmy przeciwko życiu"?

 

Aleksander Majewski