Liczbę uczestników wiecu, który poprzedzi marsz (21 stycznia, w przededniu rocznicy zalegalizowania aborcji w USA) ograniczono do minimum. Chociaż do stolicy przyjedzie kilkadziesiąt-kilkaset tysięcy osób, to w wiecu będzie mogło wziąć udział jedynie 3 tys. z nich. Ponadto zakazano demonstrantom palenia świec symbolizujących zabijane nienarodzone dzieci.
Skąd takie restrykcje władz. - Zagraża to bezpieczeństwu, a kapiący wosk może spowodować zanieczyszczenia – stwierdzili decydenci. Dlatego uczestniczący w wiecu zamiast świec będą trzymać w rękach zapalone latarki. - Potrzebujemy światła, aby widzieć się nawzajem, ale uważamy także, że prezydent potrzebuje zobaczyć światło z okien swojego domu – tłumaczy działaczka pro-life Nellie Gray.
Obrońcom życia udało się jednak wywalczyć to, że po raz pierwszy od lat wiec odbędzie się naprzeciwko Białego Domu. - Wcale nie dlatego, że prezydent Barack Obama tak aktywnie popiera aborcję – tłumaczą organizatorzy marszu. Chodzi o to, by jego uczestnicy byli widoczni z okien siedziby prezydenta.
Na razie prezydencka administracja nie potwierdziła, czy Obama w czasie marszu będzie obecny w Białym Domu. To kolejna zmiana w stosunku do poprzedniego prezydenta USA. - W czasach Georga Busha byliśmy zapraszani do Białego Domu na śniadanie przed rozpoczęciem marszu – powiedziała jedna z głównych organizatorek Nellie Gray.
mm/RV/CNA
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

