- 4 czerwca 1992 r. Lech Wałęsa dokonał zamachu stanu obalając legalnie działający rząd Jana Olszewskiego, który miał w planie odważne reformy i mógł oczyścić państwo z sieci komunistycznych służb specjalnych. Gdyby nie 4 czerwca 1992 r. dzisiaj na pewno żylibyśmy w lepszym kraju - powiedział jeden z organizatorów manifestacji, Michał Stróżyk.

 

Wałęsy nie było w domu, ponieważ pojechał do Warszawy.

 

Demonstrujący mieli ze sobą transparenty z takimi napisami jak: "Pętaki! Oddajcie nasze państwo - jeśli nie, odbierzemy go sami", "Żądamy prawdy o Smoleńsku". Manifestujący przynieśli też prezenty dla Wałęsy: wizerunek Judasza z agrafką do wpięcia w klapę (zamiast Matki Boskiej, którą często nosi były przywódca Solidarności - przyp. red.), worek z rublami oraz drewniane liczydło, które - jak wyjaśnił Stróżyk - ma pomóc byłemu prezydentowi w "wyliczeniu zysków i strat oraz dokonaniu rachunku sumienia".

 

Kilkanaście metrów dalej zgromadziła się kilkuosobowa grupa Młodych Demokratów z transparentem "Lech Wałęsa - wolna Polska 4.06.1989". - Lech Wałęsa jest dla nas symbolem wolnej Polski, to dzięki niemu doszło do wielkich zmian - powiedział Krystian Kłos z gdańskiego koła stowarzyszenia.

 

Członkowie młodzieżówki PO skandowali: "Lech Wałęsa - dziękujemy". Na to przeciwnicy byłego prezydenta odpowiadali: "Lech Wałęsa - zdradzona Polska", "Lech Wałęsa - przyznaj się", "Popłuczyny PRL", "Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę".

 

Obie manifestujące grupy oddzielali policjanci, ale nie doszło do żadnych incydentów.

 

Przeciwnicy Wałęsy swoją manifestację zakończyli odśpiewaniem pieśni patriotycznej "Boże coś Polskę".

 

AM/Onet.pl