Mały Poradnik Grzesznika

 

Tomasz Wandas, Fronda.pl: Czy obojętność to grzech? Czy istnieje możliwość, aby była ona dobra?


ks. Prof. Dr hab. Piotr Mazurkiewicz:
Tradycyjnie mówimy o grzechu obojętności. Mnisi według tradycji określali ją słowem acedia i porównywali do stanu człowieka, który w południe siedzi na słońcu i któremu nic się nie chce. Chodzi jednak o pewien stan duchowy, gdy człowiek nie ma chęci do działania, dzisiaj powiedzielibyśmy z powodu ogólnego zniechęcenia do życia, wypalenia zawodowego, czy stanu depresji. Z grzechem jednak mamy do czynienia wówczas, gdy można człowiekowi przypisać odpowiedzialność moralną za stan w jakim się znajduje. Odpowiedzialność ta może odsyłać do przeszłości - człowiek świadomie wprowadził siebie w ten stan, lub do teraźniejszości - wówczas kojarzono acedię z lenistwem duchowym.

W węższym znaczeniu (indyferencja) mówimy o obojętności jako formie konkretnego zachowania wobec jakiejś osoby czy stosunku do pewnej sprawy uważanej za ważną. Człowiek jest obojętny, to znaczy nie podejmuje żadnego działania, nie przejawia żadnej reakcji wobec danej osoby czy sprawy, chociaż wydaje się, że powinien, gdyż znajduje się ona z jakiegoś powodu w polu jego odpowiedzialności. Sprawa ta nie wprowadza w jego życie żadnej zmiany (dyferencji).

Kiedy można mieć do człowieka pretensję o bycie obojętnym? Wydaje się, że zależy to od tego czy człowiek jest w danej sytuacji w jakiś sposób odpowiedzialny za drugą osobę czy za to, co dzieje się wokół niego. Należy podkreślić, że jako jednostki nie jesteśmy odpowiedzialni za wszystko, co dzieje się na świecie i nie za wszystko w takim samym stopniu. Człowiek nie jest Bogiem. Zakres odpowiedzialności wiąże się np. z pozycją człowieka w hierarchii społecznej czy urzędowej, zajmowanym stanowiskiem i przyjętą świadomie odpowiedzialnością itp. Inna jest odpowiedzialność ministra, inna burmistrza, inna ojca, a jeszcze inna syna. Z drugiej strony, odpowiedzialność zaczyna się od poczucia współodpowiedzialności za najbliższych: członków rodziny, przyjaciół, współpracowników, rodaków itp. Skoro nie możemy się zająć wszystkimi potrzebującymi naszej pomocy, zajmijmy się chociaż najbliższymi.

Bliskość trzeba chyba rozumieć także w sensie przestrzennym - ci, którzy są fizycznie obok nas, których np. mijamy na ulicy. Levinas podkreślał, że to widok nieszczęścia na ludzkiej twarzy zobowiązuje człowieka do działania. Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie ukazuje, że źródłem różnicy w zachowaniu kapłana, lewity i Samarytanina było wzruszenie tego ostatniego. Wzruszył się na widok człowieka nieszczęśliwego i to spowodowało jego zaangażowanie. Samo wzruszenie nie wystarczy jednak do tego, by właściwie odczytać, co należy czynić w danej sytuacji. Potrzebny jest jeszcze rozum. Wzruszają nas zdjęcia ginących w falach Morza Śródziemnego imigrantów czy obrazy chrześcijan opłakujących swoich bliskich w Mosulu czy Aleppo. Powstaje jednak pytanie, czy mamy realną możliwość wprowadzenia różnicy? Ewentualnie, w jaki sposób możemy to uczynić? Być może chodzi o modlitwę, datki pieniężne, jakąś kampanię informacyjną, a może o coś więcej? Można chyba mieć pretensję do człowieka, który w obliczy takiego nieszczęścia pozostanie całkowicie obojętny.

Czym innym jeszcze jest obojętność jako neutralność, czyli np. nie opowiadanie się po żadnej ze stron konfliktu. Gdybyśmy przewidywali, że włączenie się do jakiegoś żywego sporu jedynie jeszcze bardziej go zaogni, trzymanie się (przynajmniej w tym momencie) na uboczu może zasługiwać na pochwałę. Neutralność, w przypadku sporu, może być także rozumiana jako brak stronniczości.