Sprawa agresywnych lewaków po raz kolejny dobitnie obnaża Matrix w jakim żyjemy. Policja i prokuratura, które nieudolnie ścigaja grupę gówniarzy, pozwalających sobie na bicie ludzi w biały dzień, są "najlepszą" wizytówką państwa. Państwa słabego, które nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa swoim obywatelom. Bo przecież nie może podpaść wszelakim elitom, musi dbać o swój wizerunek. Jak wyglądałoby nękanie młodych idealistów w oczach zachodniej prasy? Zgroza!

 

Trudno zliczyć wszystkie sytuacje w których - mówiąc delikatnie - nasze organy ścigania nie popisały się brawurą. Umorzone dochodzenia, sądy podtrzymujące skandaliczne postanowienia, nieuchwytni - oczywiście zawsze "nieznani" - sprawcy.

 

"Mieszkałam w Niemczech 19 lat. Miałam w niemieckiej szkole kolegę z Antify, który był synem fabrykanta wędlin. Oni byli zamożni. Ojciec milioner dał mu na 18-te urodziny samochód Porsche. Chłopak bardzo chciał mieć ten samochód, ale jednocześnie wstydził się pokazywać go kolegom z Antify. Jeździł więc Porsche na manifestacje i parkował sześć przecznic od nich żeby go nikt nie zobaczył. Woził w bagażniku składany holenderski rower i nim dojeżdżał na samą manifestację. Tam w koszulce z Che Guevarą krzyczał antykapitalistyczne hasła. To dobrze podsumowuje mentalność tych ludzi. Oni gdy pokończyli uniwersytety i nabyli wykształcenie to dostosowywali się do panującego systemu. To jest zakłamanie". Nie to, nie jest scenariusz kolejnej wesołej powiastki z nurtu political fiction, ale wspomnienia dziennikarki Aleksandry Rybińskiej ("Gazeta Polska Codziennie"), jakimi podzieliła się z Jarosławem Wróblewskim (czytaj TUTAJ - przyp. AM).

 

Podobnie sytuacja przedstawia się w Polsce. Dzieci z dobrych domów, szukając odskoczni od dostatniej codzienności, zasilają szeregi radykalnie lewackich środowisk, obierając za cel odwróconych plecami "burżui i faszystów", pomstując na fałszywie lewacką i proizraelską "Gazetę Wyborczą" czy nawet kawiorową "Krytykę Polityczną". Ideowość ideowością, ale "młodzi gniewni" nie odtrącą pomocnej dłoni swoich starszych kolegów. W końcu zawsze musi znaleźć się ktoś, kto usprawiedliwi wyskoki czy udostępni miejsce na schowanie kastetów...

 

Nasi "bojownicy z faszyzmem" bez problemu wykręcają się od wszelkiej odpowiedzialności, wiedzą jak owinąć wokół własnego palca topornych gliniarzy i stosować inne zagrywki, wyśmiewając polski wymiar sprawiedliwości i naiwniaków, którzy jeszcze wierzą w jego skuteczność. Znam przypadek wezwania na komendę chłopaka z Antify, który brał udział w pobiciu, a następnie pochwalił się przestępstwem w Internecie. Młodzieniec przekonał gliniarzy, że tylko słyszał o całym zdarzeniu w barze, a na forum opisał szczegółowo bójkę, aby dodać sobie animuszu w oczach kolegów. Efekt? Umorzenie dochodzenia. Można? Można, zwłaszcza gdy chodzi o "młodych wykształconych z wielkich miast".

 

Nie zauważyli tego niektórzy true-polscy troglodyci, ktorzy unikają składania zeznań obciążających "antyfaszystów", bo przecież "nie będą konfidentami". Tyle, że ich odpowiedniki po drugiej stronie nie mają takich skrupułów, raz po raz, uprzejmie informując organy ścigania o "podejrzanych typach". A że - bardzo często - nie ma nacisków ze strony poszkodowanych, organy ścigania nie czują presji i z większym spokojem mogą przymknąć oko na tych, którzy niosą "oświaty kaganek" na pałkach i kastetach.

 

Aleksander Majewski